Ekwador - alpaka © iStock

Plujące alpaki, gadające papugi i świnki morskie (niestety często pieczone) sprawiają, że Ekwador to raj dla najmłodszych turystów. Ale to też Ameryka Łacińska w soczewce, którą należy smakować wszystkimi zmysłami. 

Ekwador znaczy równik, ale to przede wszystkim kraj pełen kolorytu. Zobaczymy tutaj nieznane gatunki i niesamowitą zieleń dżungli, majestatyczne Andy pełne ubranych w unikalne stroje rdzennych mieszkańców popędzających alpaki i wikunie, aż w końcu atrakcyjne oceaniczne wybrzeże. 

To wszystko sprawia, że ten tętniący barwami kraj jest idealnym rozwiązaniem dla rodzin z dziećmi. Najmłodsi nie będą narzekać: będą mogli pojechać pociągiem pod Nos Diabła i pohuśtać się na „huśtawce na końcu świata”. Brzmi jak zabawa, prawda? Ale i rodzice będą zadowoleni, bo rozmiar Ekwadoru sprawia, że ten kraj jest ewenementem na skalę kontynentu – wszystkie atrakcje rozmieszczone ledwie kilka godzin jazdy od siebie. I tak z andyjskich wiosek pełnych rdzennych mieszkańców, np. znad Laguny Quilotoa, czyli szmaragdowego jezioro w kraterze nieczynnego wulkanu położonego na wysokości niemal 4000 metrów n.p.m. dostaniemy się w ledwie trzy godziny do dżungli. Dwa razy dłużej zajmie nam dojazd z Quito do surfingowych oaz na pacyficznym wybrzeżu. A to oznacza, że pociechy nie będą się nudzić w samochodzie. Stop! Bo kto powiedział, że trzeba jechać samochodem? 

Zabierz swoje wewnętrzne dziecko do Ekwadoru!

Pociągiem do Nosa Diabła 

Wyobraźcie sobie bowiem, że stoi na stacji lokomotywa, lekka i zgrabna, lat jej ubywa. I wkrótce ruszy znad Pacyfiku w Andy. Na przełomie XIX i XX wieku sieć kolejowa połączyła dwa najważniejsze wówczas miasta Quito w Andach z Guayaquil niedaleko Pacyfiku. Służyła Ekwadorczykom do czasu, kiedy podupadła pod koniec lat 90. Najpierw dały jej się we znaki silne deszcze z 1982 roku, które zniszczyły odcinek na wybrzeżu między Huigrą a Bucay, a potem powodzie spowodowane El Nino w latach 90. dokończyły dzieła, tak że w 2008 roku funkcjonowało mniej więcej 10 proc. linii kolejowych w kraju.

Wówczas kraj zainwestował miliony dolarów w odnowienie unikalnej sieci. Choć dziś już żaden z wagonów nie wiezie Ekwadorczyków z domu do pracy, w odwiedziny do rodziny czy na wakacje, to pociągi odrestaurowano dla turystów. Sprowadzono nowe wagony z Madrytu i dopieszczono stare, niektóre nawet stuletnie lokomotywy parowe z Pensylwanii. Czerwone i czarne, cieszą ucho charakterystycznym pogwizdywaniem.

Ekwador- podróż pociągiem © SYlwester Oziemba
Podróż pociągiem w Ekwadorze © Sylwester Oziemba

Słynny Tren Crucero zabiera chętnych na czterodniową podróż z wybrzeża do stołecznego Quito. W sumie pokonuje 453 kilometry do jednej z najwyżej położonych stolic świata (2894 m n.p.m). To najbardziej ekskluzywny z pociągów, które jeżdżą na ośmiu trasach wytyczonych przez Koleje Ekwadorskie (inne są kilkugodzinne, m.in. Pociąg Lodu, Pociąg Wulkanów czy najsłynniejszy Nos Diabła). Rząd uznał, że turyści ożywią biedne andyjskie miasteczka. Rzeczywiście, na każdym przystanku można spotkać co najmniej trzy stoiska z rękodziełem, zdarzy się też jakiś muzykant.

Fakt, wystylizowane barokowo wnętrza zapierają dech. Gdy ktoś się znudzi wyglądaniem za okno przez kotarę jak z Orient Expressu, może przejść do tyłu na wiklinowe kanapy lub — to rzeczywiście robi wrażenie — podziwiać wspinaczkę przez Andy z otwartej platformy na końcu pociągu.

Można wybrać się też na jednodniowy przejazd, a najciekawszy odcinek stanowi ten do Nosa Diabła. To niesamowite uczucie, gdy pociąg wspina się ponad 2,5 tys. metrów na przestrzeni ledwie 56 kilometrów! Najpiękniejszy fragment kolei był zarazem najtrudniejszy do zbudowania – zginęło ich tu prawie 3 tys. robotników. Trasa wije się wzdłuż kanionu, przez który płynie rzeka, mija skalisty Nos Diabła, a swoją trasę kończy w miejscowości Riobamba, gdzie na lokalnym targu można napić się soków z lodem… z wulkanu Chimborazo. 

Huśtawka na końcu świata 

Ekwador leży bowiem w tzw. Alei Wulkanów, czyli dwóch równoległych łańcuchów. W tym kraju o powierzchni niewiele mniejszej od Włoch mieście się ponad 80 wulkanicznych stożków. 

Tylko w Quito, drugiej najwyżej położonej stolicy na świecie w przejrzysty dzień można zobaczyć 13 szczytów, w tym m.in. wulkany Chimborazo i Cotopaxi. Wystarczy użyć Teleferiqo, czyli kolejki górskiej, która zabierze nas na zbocza wulkanu Pichincha do punktu widokowego Cruz Loma (3945m n.p.m.), gdzie ukazuje się niezwykły andyjski krajobraz, w jaki wcisnęło się miasto. 

Ale jedna z najciekawszych ekwadorskich historii wiąże się z tym wciąż aktywnym, zwanym Tungurahua — nazwa wulkanu w języku quichua oznacza „Ogniste gardło” — opowiada ponad 70-letni Carlos Sanchez. Mężczyzna ma smagłą i pomarszczoną twarz, siwe włosy i mieszka nieopodal miejscowości Baños w Andach na zboczu wzgórza, z którego obserwuje aktywny właśnie Tungurahuę. 

Gdy w 1999 roku wulkan obudził się, jak mówią Ekwadorczycy, wówczas spadł pył, ewakuowano z Baños kilkanaście tysięcy ludzi. W 2002 wszedł w fazę erupcji, która trwa do dziś. W sierpniu 2006 doszło do największych wybuchów od czasu przebudzenia. Wystrzelił na 10 km. Spadały kamienie. Na szczęście nikt nie zginął.

Ekwador - spacer w stronę wulkany Chimborazo © Sylwester Oziemba
W stronę Chimborazo © Sylwester Oziemba

Po kilku tygodniach mieszkańcy wrócili, ale dla Carlosa to były przełomowe czasy. Wówczas złożył Bogu obietnicę: „Dziękuję ci Boże, że pozwoliłeś mi wrócić na moją ziemię. Teraz będę dbał o jej mieszkańców”. I tak został strażnikiem Tungurahu’y. 

– To było kilkanaście lat temu. Mam tu ziemię. Postawiłem dom, dostałem cegły od rządu. I nic więcej. Codziennie patrzę na wulkan – opowiada Carlos. Najpierw zbudował mały domek, a obok zawiesił huśtawkę. Dziś stanowi ona jedną z największych turystycznych atrakcji Ekwadoru. 

Słynna huśtawka „końca świata”, do której pielgrzymują backpackersi z całego świata, zaliczana jest do rankingu najbardziej surrealistycznych miejsc, które podróżnicy powinni odwiedzić przed śmiercią. Obok huśtawki leży mała skrzynka na datki. Nie mogą być niższe niż 50 centów.

– Huśtawkę zamontowałem, bo czasem wulkan tonie w chmurach i nie chciałem, by goście nudzili się w oczekiwaniu aż mgła ustąpi. A dzięki huśtawce mają zarazem motywację, by tu wejść. Czasem można huśtać się do końca świata, a Ogniste Gardło nie pokaże twarzy – uśmiecha się Carlos, który raz po raz wstaje z ławki, by sprawdzić, czy turyści dorzucają się do „datków”. 

Przeżyj to po swojemu!

Wokół huśtawki na końcu świata wyrósł szereg atrakcji: pojawiły się kolejne podrabiane huśtawki (wszystkie ustępują widokami tej oryginalnej), park canopy, skoki na bungee i inne. Pobliskie Baños to niewielka, ale bardzo klimatyczna uzdrowiskowa miejscowość. Słynie z gorących źródeł oraz ciekawych tras rowerowych, które stworzone są dla najmłodszych turystów. Czemu? A to dlatego, że np. 20-kilometrowa trasa Drogą Wodospadów (Ruta de las Cascadas) niemal cały czas prowadzi w dół, w dużej mierze po asfalcie, więc pedałować praktycznie nie trzeba, za to hamować – jak najbardziej. Dadzą więc radę nawet niewprawieni w rowerowych eskapadach. Po drodze nie brakuje ciekawych przystanków, np. w Agoyán można spróbować zjazdu na linie canopy), można nabrać sił nad wodospadem Manto de la Novia lub kolejnym – tym razem potężnym, Pailon del Diablo, czyli diabelskim wodospadem. 

Uwaga! Po drodze należy skosztować lokalnych specjałów. A za takie uchodzą pieczone świnki morskie (często smażą się na grillach przy głównych ulicach, smakują podobnie jak mięso z królika), steki z alpaki, aż w końcu różne potrawy z popularną ostatnio quinoą, czy np. tradycyjna ekwadorska zupa ziemniaczana, która może nie brzmi fascynująco, ale w Andach smakuje wyśmienicie. 

Dżungla pełna kolorów 

A gdyby tak rozpędzić się jeszcze dalej? Droga z Baños prowadzi w kierunku wschodnich rubieży Ekwadoru, gdzie rozciąga się amazońska dżungla. Oczywiście do pereł bioróżnorodności, terenów wręcz bezludnych można dotrzeć tylko pirogami (lub awionetkami), a podróż może zająć i dwa tygodnie. To droga i chyba niepotrzebna atrakcja, bo przecież w czasach kryzysu klimatycznej warto zostawić naturę samą sobie. 

Na cele turystycznych wojaży wystarczą lasy nieopodal miejscowości Tena i Puerto Misahuallí. Tam lokalne hotele i biura podróży organizują wycieczki do dżungli dla młodszych i starszych eksploratorów, wystarczające, by zobaczyć, jak bujna jest amazońska roślinność i jak wiele gatunków mieszka w dżungli. 

– Oczywiście to nie są takie tereny jak Park Yasuni, ale dziś kluczowa jest odpowiedzialność w podróży. Dlatego świadomie kierujemy ruch w kierunku „drzwi” do amazońskiej dżungli, jak mówimy o naszych stronach – opowiada Miguel, lokalny przewodnik. 

Miguel świetnie zna język angielski, ma trzy sklepy, ale jego największą pasją jest włóczenie się po amazońskich lesie i oglądanie przez lornetkę ptaków. Jest przewodnikiem z krwi i kości, lubi swoją pracę, choć… nie przepada za turystami ubrany w stylu safari. W trakcie trzygodzinnej wędrówki skręca liany, by się na nich pohuśtać. Otwiera łodygi roślin, w których mieszkają jadalne mrówki (odświeżające, o smaku limonki). Wynajduje roślinę, z której robi się kapelusze panamskie. To wszystko uwiedzie najmłodszych turystów, ale nie zabraknie też atrakcji dla dorosłych, jak choćby amazońska trzcina na kaca – podobno działa! 

Ekwador - dżungla ©Sylwester Oziemba
Dżungla w Ekwadzorze ©Sylwester Oziemba

Przez kilka miesięcy Miguel pracował w ośrodku dla zwierząt odzyskanych. Jakieś pół godziny łódką w środku lasu. Są tam małpy, tukany, papugi, oceloty. Wszystkie trafiły z rąk kłusowników do domostw bogatych Ekwadorczyków. Stały się maskotkami, które pozbawiono normalnej egzystencji. Samo centrum przypomina małe zoo. Wolontariusze je odzyskują i próbują przysposobić do życia w dżungli.

– To, co tutaj robią, jest dobre. Ale to walka z wiatrakami. Bo komuś w Europie albo USA zachce się gadającej ary, albo paska ze skóry węża i Indianie idą polować. Gdyby nie było popytu, dżungla pełna byłaby różnych gatunków – emocjonuje się Miguel. – Ale to też jeden ze sposobów na jej ratowanie. I świetny pomysł na to, by pokazać młodym pokoleniom, jakie perły kryje nasza planeta i jak ważna jest ochrona natury. Dlatego zawsze mówię turystom: „Posłuchajcie tylko tych ptaków! Napawajcie się zielenią! Spróbujcie cytrynowych mrówek! Tylko wtedy zrozumiecie, że Ekwador trzeba smakować wszystkich zmysłami!”. 


FAQ

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?