Bali - Jezioro Batur, Góra Batur, Kintamani, Bali, Indonezja ©iStock

Jeden dzień w Kintamani wystarczy — to usłyszałam od znajomego podczas pierwszego dnia pobytu na Bali. Poza wulkanem nie ma co tam robić — doradził inny. Jak dobrze, że nie posłuchałam żadnego z nich. 

Naprzeciwko mnie, między chmurami, ukrywa się szczyt wulkanu. Ma ostry, stożkowy kształt. Jeszcze nie wiem, że za tydzień będę spacerować po tym terenie. Kieruję wzrok w dół. Ogromne jezioro otaczają góry i gęsta zabudowa tutejszych wiosek. Na jeziorze unosi się świątynia, Pura Segara Ulun Danu Batur. Bezpośrednio tłumacząc jej nazwę, oznacza ona „wodna świątynia na jeziorze Batur”. 

Czuję się, jakby nie było tu innych podróżników. Nie ma tu europejskich restauracji, głośnych barów i piaszczystych plaż. Są za to warungi, serwujące przepyszny nasi goreng (pol. smażony ryż). Są niewielkie kawiarnie z balijską fusiastą kawą. Są dwa sklepy spożywcze i jeden bankomat, który na ogół nie działa. Niemal przy każdym domu znajduje się pole ryżowe. W końcu wulkaniczne tereny sprzyjają uprawie. A każdego ranka budzi cię pianie kogutów. 

Rodzina na Bali

W przeciwieństwie do innych miejsc, w których mieszkałam na Bali, pokój w Kintamani nie ma klimatyzacji. Na ścianie przymocowany jest niewielki wiatrak. Jako miejsce zakwaterowania wybrałam Batur Pyramid Guesthouse. To niewielki, bo zaledwie 4-pokojowy obiekt. Mój ma 16 metrów kwadratowych. Jego wyposażenie jest typowe jak na balijskie standardy. Na środku stoi drewniane dwuosobowe łóżko, po każdej ze stron znajduje się mała szafka nocna. Stoi także większy stolik z krzesłem. Do pokoju przynależy prywatna łazienka. 

Pensjonatem zarządza Putu, najstarszy syn właścicieli. Do niedawna mieszkał w Denpasar, gdzie studiował ekonomię. Wrócił w rodzinne strony, by rozkręcić biznes. Jego wujek pełni rolę kierowcy i zabiera gości na wycieczki. Kuzyni odpowiadają za utrzymanie porządku i gotowanie. W kuchni pomaga im też mama Putu. Właśnie dobiega końca budowa dwóch dodatkowych pokoi. Przynależeć do nich będzie ogromny taras z widokiem na wulkan i jezioro. Następnie Putu planuje wybudować oszkloną restaurację dla gości. W okolicy roi się od much. Brakuje miejsca, gdzie można spokojnie zjeść posiłek i spędzić czas bez dokuczliwych muszysk. 

Wdzięczność

Tutejsza codzienność to suma rytuałów. Każdego dnia mama Putu wystawia przed domem ofiary. Są nazywane canang sari. To nieduże plecione koszyki, które wypełnia się kwiatami, przekąskami i płonącymi kadzidełkami. Tak Balijczycy okazują bogom swoją wdzięczność.

Wieczorami gromadzimy się na tarasie. Znajduje się on pomiędzy pokojami gościnnymi, kuchnią a domem gospodarzy. Niemal codziennie przesiaduję tu razem z Putu i jego rodziną. Uczą mnie jak powiedzieć „dzień dobry”, „dziękuję” lub „miłego dnia” po balijsku. Dołączają do nas też inni goście. Starsza para z Singapuru smuci się, że pogoda nie dopisała, przez co na szczycie wulkanu zastali tylko szare chmury. Młoda Greczynka gorąco zachęca do odwiedzenia wyspy Nusa Penida. A Francuz, który podróżuje i pracuje zdalnie, głośno zastanawia się nad przeprowadzką na Bali. 

Gościnność Putu i jego rodziny przekracza moje oczekiwania. Jeśli jesteś spragniona, powiedz mi lub mojemu personelowi, a my zrobimy herbatę, kawę. Jeśli jesteś głodna — ugotujemy to, na co masz ochotę. Jak coś nie działa w pokoju, powiedz. Naprawimy — mówi Putu. Jesteś moim gościem, jesteś w moim domu. 

Dziesiątki tarasów, jeden widok

Batur – w Kintamani wszystko kręci się wokół tego słowa. Tak nazywa się aktywny wulkan w tej okolicy. U jego stóp leży największe jezioro na wyspie — jezioro Batur. Codziennie setki osób odwiedzają Kintamani. Ale nie zostają tu na długo. Spędzają jedną, góra dwie noce. Wspinają się na szczyt wulkanu i jadą dalej. Ci, którzy nie chcą się przemęczać, podziwiają widoki z tarasów kawiarni położonych przy ulicy Raya Penelokan. Jest tu nawet Starbucks! 

Jeden dzień w Kintamani wystarczy. To usłyszałam od znajomego podczas pierwszego dnia pobytu na Bali. Nie zatrzymuj się wcale! Wyrusz z Ubud po północy, wejdź na szczyt wulkanu przed wschodem słońca i wróć do Ubud, zanim wybije południe. Poza wulkanem nie ma co tam robić — doradził inny. Jak dobrze, że nie posłuchałam żadnego z nich. 

Wayan

Poruszanie po wiosce stanowi dla mnie problem. Nie mam prawa jazdy, więc nie wynajęłam skutera. W okolicy nie funkcjonują serwisy takie jak Gojek czy Grab, będące odpowiednikami Ubera. Z pomocą przychodzi wujek Putu, Wayan. Zostaje moim przewodnikiem. Mam wrażenie, że każdy, kogo spotykam na Bali, ma na imię Wayan. Później dowiaduję  się, że Balijczycy nadają swoim dzieciom imiona w zależności od kolejności ich narodzin. Pierwsze dziecko — Wayan, drugie dziecko — Made, trzecie dziecko — Nyoman, czwarte dziecko — Ketut. Co jeśli rodzi się piąte? Kolejka zaczyna się od nowa i też nazywa się Wayan! 

Wayan przez lata przewodził wyprawom na wulkan. Wie, gdzie biegną najciekawsze szlaki, gdzie są najlepsze punkty widokowe. Któregoś ranka zrywamy się o 4 nad ranem, aby dotrzeć na jeden z nich i obejrzeć wschód słońca. Na górze zastajemy grupę dziewcząt ćwiczących jogę w świetle czerwonych promieni. W miarę jak ich wysiłek wzrasta, wzrasta też intensywność kolorów na niebie. Gdy słońce wydostaje się spod chmur, na górę wdrapuje się też starsza kobieta. Tak po prostu, pośrodku niczego rozstawia termosy z gorącą wodą i kolorowe kubki. Zaczyna sprzedawać herbatę i kawę. Oczywiście po balijsku, z fusami. 

Próbuję też jednej z najdroższych kaw na świecie. Odwiedzam lokalną plantację, gdzie przyglądam się procesowi parzenia słynnej kopi luwak. To gatunek kawy produkowany z ziaren, które pozyskuje się z odchodów zwierzęcia o nazwie cyweta. I pomyśleć, że za 100 gramów tej kawy należy zapłacić ponad 300 zł… Kopi luwak nie smakuje mi najlepiej. Jest zbyt kwaśna. Preferuję słodszą kawę, z dodatkiem awokado.

Bali: w oczekiwaniu na powrót 

Wayan przykleja ziarna ryżu na moje czoło, pomiędzy oczami. Balijczycy wierzą, że przynosi to szczęście i dobrobyt. Przed wejściem do świątyni zakładam sarong. Zakrycie bioder i nóg jest obowiązkowe zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet. Dotarliśmy do Pura Ulun Danu Batur. To druga najważniejsza świątynia na Bali. Pierwotnie została zniszczona w wyniku erupcji wulkanu Batur w 1926 roku. Kilka dni po tym zdarzeniu mieszkańcy postanowili ją odbudować. 

Nowe pokoje są gotowe i czekają na twój powrót. Taką wiadomość dostaję od Putu kilka tygodni po wyjeździe z pensjonatu. Ogarnęła mnie fala nostalgii. Wyjeżdżając z Batur Tengah, wiedziałam, że zostawiam za sobą coś więcej niż piękne miejsce. W murach pensjonatu zostawiłam esencję balijskiej kultury. Jej gościnność, prostotę, przywiązanie do tradycji, ciepło bijące od lokalnych mieszkańców. 

Przeczytaj inne relacje Darii: Jordania, Australia, Sardynia, Wilno


FAQ

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?