Bzyczenie much wtóruje dudniącym dźwiękom didgeridoo. Muzyka dobiega z głównego (i jedynego) placu w miasteczku Yulara, stworzonego specjalnie dla turystów odwiedzających australijski Outback.

Terenowy samochód przejeżdża tuż obok mnie. Czerwony piasek unosi się w powietrzu. Dostaje się do oczu i powoduje łzawienie. Próbuję wypić kawę, lecz wszechobecne muchy nie dają mi spokoju. Australijski Outback wita mnie całą gamą doświadczeń, a ja chłonę każde z nich.  

Chłodne przebudzenie – Yulara

Budzik rozbrzmiewa kilka minut po 5 rano. Tuż po przebudzeniu uderza mnie podmuch zimnego powietrza – noce na środku pustyni są zimne, temperatura spada niekiedy do 6 stopni. To sprawia, że przez krótką chwilę rozważam zignorowanie alarmu i skrycie się pod grubymi kocami. Nie ma takiej opcji – jeszcze nigdy niska temperatura nie powstrzymała mnie przed realizacją moich planów. Szybko wstaję z łóżka i od razu narzucam na siebie dodatkowe warstwy ubrań. 

Zatrzymałam się w Outback Hotel & Lodge, jednym z siedmiu obiektów noclegowych dostępnych na terenie miasteczka Yulara w Terytorium Północnym Australii. Jest położone w odległości 18 km od Uluru, najważniejszej formacji skalnej w tej części świata. Miasteczko powstało jako baza noclegowa i turystyczna dla osób odwiedzających tutejszą okolicę. 

Na 13 m² bez łazienki

Na 13 metrach kwadratowych pokoju hotelowego znajduje się biała dwudrzwiowa szafa, mała lodówka, kineskopowy telewizor, dwuosobowe łóżko z najbardziej miękkim materacem, na jakim spałam, i szafka nocna. Łazienki brak. Próbuję nie myśleć o tym, że zapłaciłam ponad 600 zł za jedną noc w tym pokoju. Czym prędzej wychodzę na zewnątrz i docieram do budynku z prysznicami i łazienkami przeznaczonymi do wspólnego użytku gości. Obiekt nie posiada drzwi, co oznacza, że zimne powietrze dostaje się do środka. Prawdopodobnie motywuje to gości do wzięcia bardzo szybkiego prysznica i pozwala zaoszczędzić sporo wody. Muszę jednak przyznać, że nic nie rozbudza tak jak kąpiel na środku pustyni, kiedy temperatura sięga 7 czy 8 stopni Celsjusza. 

Pospiesznie wracam do swojego pokoju, ubieram się i pakuję plecak. W ogólnodostępnej kuchni przygotowuję kawę w termosie, a kilka minut przed 6 wychodzę na przystanek. Czekam na lokalny autobus, który zawiezie mnie na teren Parku Narodowego Uluru – Kata Tjuta. Dookoła słychać głosy pracowników hotelu i krzątających się gości. Dzień już się rozpoczął. 

Zaplanuj podróż pod świętą górę Uluru!

Na początku była ciemność – Talinguru Nyakunytjaku

Po mniej więcej 40 minutach w autobusie, docieram do strefy parku nazwanej Talinguru Nyakunytjaku. Na platformie widokowej dziesiątki osób wyczekują wschodu słońca. Słyszę poranne rozmowy, niezbyt dyskretne ziewnięcia i dźwięki robienia zdjęć. Kilkuletni chłopiec ciągnie mamę za rękaw kurtki, dopytuje o to, co będą dziś robić. Nieopodal wysoki mężczyzna, zwracając się do kilkuosobowej grupy, recytuje ciekawostki na temat Uluru i ludu Anangu. Co chwilę ktoś energicznie pociera ramiona i rzuca wymowne: “Ale zimno!”, z nadzieją, że uda mu się nawiązać rozmowę z osobą obok. Bez powodzenia. Wzrok każdego skupiony jest na wypatrywaniu masywnej skały.

Postanawiam zejść na dół i, podążając jedną ze ścieżek spacerowych, oddalam się od platformy widokowej. Udaje mi się znaleźć cichsze i spokojniejsze miejsce, aby cieszyć się porannym spektaklem. Nie licząc świateł samochodowych lamp i kilku gwiazd, niebo wciąż spowija całkowita ciemność. Po kilku minutach oczekiwania na horyzoncie pojawiają się nowe barwy – od zimnego niebieskiego przez lekki róż po intensywny pomarańczowy. To właśnie w tym momencie wiem, że muszę odwrócić swój wzrok w kierunku Uluru. 

Wschód słońca nad górą Uluru w Australii

Wraz ze słońcem wychylającym się zza horyzontu zmienia się kolor skały – im jest jaśniejsza, tym dostrzegam więcej wgłębień i warstw. W międzyczasie otwieram termos z kawą i w myślach chwalę samą siebie za to, że wstałam dziś kilka minut wcześniej, by ją zaparzyć. Niedaleko mnie zatrzymuje się para starszych osób. Wygląda na to, że oni też postanowili uciec z platformy widokowej i zbliżyć się do skały. Kobieta odwraca się w moim kierunku i mówi: “Niesamowity widok, prawda?”. Odpowiadam, że piękny, że nawet trochę nierealny.

Stoję tam jeszcze kilka minut, obserwuję, jak pustynia budzi się do życia, aż docierają do mnie dźwięki uruchomionych samochodów, kroków osób powracających na parking i o wiele bardziej ożywionych rozmów. Czuję lekkie rozczarowanie, że moment, na który czekałam od początku podróży po Australii, tak szybko się skończył. Powolnym krokiem wracam na przystanek, skąd shuttle bus zabierze mnie na początek szlaku. 

Wynajmij samochód i łatwo poruszaj się po australijskim Outbacku

Trzydzieści tysięcy kroków – Base Walk wokół skały Uluru

Najdłuższy szlak wokół Uluru – Base Walk – rozpoczynam z parkingu Mala, kierując się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jest to stosunkowo prosta i płaska trasa, ale jako że rozciąga się na 10 kilometrów, niekoniecznie jest najpopularniejszą. Pozwala jednak zobaczyć formację z bliska, szczególnie że od 26 października 2019 roku nie można wspinać się na Uluru. W tygodniach poprzedzających wprowadzenie zakazu tysiące osób postanowiły zdobyć szczyt po raz ostatni. Tymczasem lud Anangu świętował koniec niebezpiecznych wędrówek i profanacji ich dziedzictwa. Decyzja o zakazie wspinania się symbolizuje zmianę w podejściu do rozwoju turystyki na tym obszarze. 

Przemierzając pierwsze kilometry szlaku, spotykam pojedyncze osoby. Wszyscy się do ciebie uśmiechają, życzą udanej wędrówki, a niekiedy pytają, jak ci się tu podoba. Ale czy mówienie „Bardzo mi się tu podoba” to dobry pomysł? Czy wypada tak mówić o miejscu najstarszych żyjących kultur na świecie, które przez wiele lat były pozbawione praw do własnej ziemi?

Od czasu do czasu zatrzymuję się, zdejmuję okulary i po prostu się rozglądam. Nie widzę żywej duszy dookoła – tylko ogromną skałę, naznaczoną wgłębieniami, ostrymi rysami, i czerwony piasek łączący się z błękitnym niebem. Uluru mierzy 348 metrów wysokości i rozciąga się na blisko 4 kilometry. Słyszę lekkie podmuchy wiatru i brzęczenie much. Są ich setki. Przeklinam siebie, że nie zabrałam specjalnej siatki na głowę, by się od nich uchronić. Po jakimś czasie przestaję zwracać uwagę na muchy siadające mi na nosie. Po prostu akceptuję to tak, jak akceptuję rosnącą temperaturę i buty pokryte piaskiem, którego prawdopodobnie nie domyję przez następne tygodnie. 

Góra Uluru a lud Anangu

Im więcej pokonanych kilometrów, tym więcej zmian w krajobrazie – od pustynnych widoków po zielony i bujny busz. Trasa jest poprowadzona w taki sposób, który pozwala maszerować stosunkowo blisko samej skały. Jednak dla ludzi Anangu Uluru to więcej niż skała. Wierzą, że okoliczny krajobraz został stworzony przez przodków, a ostre wgłębienia skały czy liczne jaskinie skrywają historię ich ludu. Na szlaku są liczne tablice edukacyjne, które wyjaśniają znaczenie poszczególnych miejsc.

Wyraźnie oznakowano również strefy, w których nie wolno robić zdjęć ze względu na ich kulturowe znaczenie. Te wybrane elementy skały przedstawiają informacje istotne dla ludu Anangu, dlatego utrwalanie ich w formie fotografii lub filmu jest niewłaściwe i surowo zakazane. Rdzenni mieszkańcy zastrzegają sobie prawo do ustnego przekazywania historii od starszych do młodszych pokoleń. Mężczyźni rozpowszechniają je wśród młodych chłopców, ucząc ich jak przetrwać na środku kontynentu, jak polować i jak podróżować po terenie. Kobiety uczą młode dziewczęta, jak gotować, dbać o rodzinę i przygotowywać ceremonie. 

Żłobienia w Uluru z bliska © Daria Prygiel
Żłobienia w Uluru z bliska © Daria Prygiel

Pustynny klimat

Patrzę na zegarek. Dochodzi 11, słońce daje o sobie znać coraz bardziej. Postanawiam więc szybko przebrać się w lżejsze w ubrania. Na szlaku mijam dwie osoby, które żwawo maszerują w tym samym kierunku co ja. Mężczyzna dźwiga na plecach dość spory plecak, na oko 50-litrowy. Później okazuje się, że znajduje się w nim zapas wody i żywności, cieplejsze ubrania, buty na zmianę… Tak jak ja zapakował najróżniejsze rzeczy, które mogą się przydać, gdy jesteś pośrodku niczego. 

W trakcie pierwszych minut rozmowy dowiaduję się, że są parą, że to ich trzeci raz, kiedy odwiedzają Uluru razem, i że nocują na campingu. On – Kevin, ona – Hannah. Kevin pochodzi z Kenii i do Australii przeprowadził się, gdy miał kilka lat. Teraz mieszka w Melbourne. Pracuje dla organizacji pozarządowej i wnioskuję, że zależy mu na tym, aby praca, którą wykonuje, służyła innym ludziom. Krajobraz australijskiego Outbacku przypomina mu krajobraz znany z kenijskiej pustyni. Hannah jest psychologiem i mieszka na przedmieściach Melbourne, w domu otoczonym gęstym lasem. 

Mimo że znamy się mniej niż godzinę, mówi, że pierwszy raz odwiedziła Uluru z byłym mężem, z którym ma jedno dziecko – córkę – i nie wspomina tego wyjazdu najlepiej. Odwiedzili wtedy park w trakcie lata, więc temperatury były nie do zniesienia i upał uniemożliwił im przejście najważniejszych szlaków. Zastanawiam się jak to możliwe, że kobieta, którą dopiero co poznałam, tak otwarcie dzieli się swoją historią i bez żadnych hamulców opowiada o prywatnych fragmentach z życia? Czy ma na to wpływ fakt, że lud Anangu dzieli się z nami swoją historią, gdy przemierzamy szlak dookoła Uluru? Czy to dlatego, że oni zapraszają nas do siebie, sprawia, że i my otwieramy się na innych ludzi? 

Opowiadamy o miejscach, które odwiedziliśmy i które jeszcze chcemy odwiedzić. Przy okazji zajadamy mieszanki bakaliowe i batony proteinowe. Zgodnie stwierdzamy, że nie mamy ochoty wydać kilkunastu dolarów na tosta z serem i szynką w jedynej kawiarni dostępnej w okolicy. W końcu rozdzielamy się – ja kontynuuję Base Walk, a Kevin i Hannah zmierzają w kierunku Mutitjulu Waterhole, wypełnionego wodą otworu u podnóża skały. 

Zbliżając się do końca ścieżki, myślę o tym, jak ogromne wydawało mi się Uluru, gdy patrzyłam na nie z oddali, a jak masywne jest z bliska. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, będąc pod Uluru, dokładnie widząc te wgłębienia, ślady wspinaczek, naprawdę poczułam, że jestem tu – na środku Australii. W miejscu, gdzie historia ziemi łączy się z płótnem pustynnego nieba. Z zamyślenia wyrywają mnie odgłosy osób przemierzających szlak na segwayach, przypominając mi, że nawet w najcichszych chwilach, świat ma swój sposób, by, dosłownie, toczyć się dalej. 



FAQ

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?