ewelina tomkiewicz stewardesa

Z biura projektowego na parterze przeniosła się na wysokość jedenastu kilometrów. W Dubaju nauczyła się, że wystarczą dwie godziny, by stworzyć naprawdę zgrany zespół i że tradycja nabiera wartości, im dalej jest się od domu. Opowiada o pracy, która jest jednocześnie wielką przygodą, wymagającym zawodem i stylem życia, od którego łatwo się uzależnić.

Miałaś wznosić budynki, a sama wzniosłaś się w powietrze. Jak to było z tymi uprawnieniami budowlanymi?

Tak to bywa, kiedy studia wybiera się rozumem, a później serce i dusza zaczynają biec w innym kierunku. Nie należałam do dziewczynek, które od małego marzą o toczku i podniebnych podróżach. Świat inżynierii dawał mi stabilny grunt, ale jednocześnie zamknął mnie w biurze projektowym. Byłam dobra w obliczeniach, statyce — naprawdę to rozumiałam — tylko że nie widziałam się w tym do końca życia. Zawsze ciągnęło mnie dalej, wyżej.

To było dawno?

Miałam 27 lat i wtedy wydawało mi się, że jestem już „poważnym człowiekiem”. Dziś myślę, że w tym wieku ma się pełne prawo do zmian. Koleżanka, która pracowała jako stewardesa, zaszczepiła we mnie pomysł latania. Na każdym naszym spotkaniu powtarzała: „Spróbuj, Ewela, jesteś w ich typie”. Dużo też podróżowałam z ówczesnym narzeczonym, więc dodatkowym magnesem były zniżki lotnicze.

Ewelina Tomkiewicz stewardesa lot ze spadochronem Dubaj
[c] Ewelina Tomkiewicz

Wystarczyło, żeby cię przekonać?

Podchodziłam do tego dość lekko. Miałam narzeczonego, więc trudno mi było wyobrazić sobie nagły wyjazd. Z drugiej strony koleżanka zachwalała linię z siedzibą w Dubaju. Powtarzała, że dostać się tam jest naprawdę trudno, a ja kocham wyzwania. Słowa „Dubaj” i „przeprowadzka” brzmiały wtedy bardzo kusząco.

Zanim jednak pomyślałam o rekrutacji, zrobiłam listę marzeń. Jednym z nich był tatuaż–rękaw.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że w lotnictwie tatuaże i mundur często się wykluczają. To skłoniło mnie, by w ogóle sprawdzić, czy latanie mogłoby być dla mnie. 

To jest związane z wizerunkiem, ze wzbudzaniem zaufania?

Każda linia lotnicza ma swoje zasady dotyczące wizerunku. Moja wtedy w ogóle nie akceptowała tatuaży. Teraz to się trochę zmieniło, mogą być, ale tylko w miejscach niewidocznych.

Ewelina Tomkiewicz stewardesa w podróży
[c] Ewelina Tomkiewicz

Zaczęłam zgłębiać temat. Weszłam na stronę przewoźnika i okazało się, że za dwa dni odbywa się rekrutacja. Pomyślałam: „Świetnie, pójdę, odrzucą mnie i bez wyrzutów sumienia zrobię ten tatuaż”. Tyle że wszystko musiałam zorganizować w ekspresowym tempie. Jestem z Krosna, więc zdobycie wymaganych zdjęć sylwetkowych czy nawet garsonki graniczyło z cudem. Pożyczyłam, co się dało, przygotowałam wymagane dokumenty i pojechałam. Trzy tygodnie później mieszkałam już w Dubaju.

A co było najbardziej zaskakujące w tej rekrutacji?

Najpierw było zwykłe złożenie CV i, jak przypuszczam, ocena pierwszego wrażenia. I to nie tyle uśmiechu, co osobowości: czy ktoś „klika”, czy ma naturalne, dobre podejście do ludzi. Kolejne etapy dotyczyły już sytuacji związanych z samą pracą na pokładzie i współpracą w zespole. Takim, jaki tworzy się „z marszu”, często dwie godziny przed lotem.

Oddawało to realia pracy?

Dziś widzę, jak bardzo te elementy są potrzebne. Szczególnie rozwiązywanie konfliktów i szybkie dogadywanie się z ludźmi, których się kompletnie nie zna. W mojej linii pracuje około 25 tysięcy członków załogi, więc rzadko zdarza się, że lecę z kimś po raz drugi!

Pasażerowie często myślą, że jesteśmy przyjaciółmi, bo wyglądamy na świetnie zgrany zespół. Prawda jest taka, że poznajemy się dosłownie dwie godziny przed lotem, po prostu wszyscy mamy takie samo szkolenie i ten sam cel, więc łatwo o takie wrażenie 

A kompetencje inżynierskie? Przydają się w pracy na pokładzie?

Myślę, że tak. W lotnictwie liczy się logistyka, zorganizowanie i myślenie przyczynowo-skutkowe, do tego umiejętność szukania niestandardowych rozwiązań. To wszystko mam gdzieś z tamtego świata. To przydatne kompetencje, ale zdecydowanie nie są konieczne. Na pokładzie spotyka się ludzi z absolutnie różnych środowisk: pielęgniarki, prawników, osoby po budownictwie, hotelarstwie, turystyce, nauczycieli języków obcych. Każdy wnosi coś swojego i to działa.

Miałaś jakieś wyobrażenia o tej pracy, które okazały się błędne?

Teoretycznie wiedziałam, że to praca zmianowa i że duty zaczynamy czasem w środku nocy, ale nie przewidziałam skali tego tempa. To życie ciągle na walizkach: hotele, nieustanne loty, ogromna zmienność i przypadkowość, grafik rządzący całym dniem, zmęczenie, jet lag.

I przyszły też konsekwencje. Myślałam, że podróże nigdy się nie znudzą, a dziś wiem, że można mieć przesyt. I paradoksalnie zaczęłam doceniać rutynę, przed którą wtedy uciekałam.

Był taki moment, kiedy pomyślałaś: „To już jest za dużo, mam już dość” albo „wracam do tego spokojnego siedzenia przed monitorem jako inżynier”?

Gdybym miała taki moment, pewnie już by mnie tu nie było, ale mam pełną świadomość, że to przygoda: piękna, dynamiczna, ale tymczasowa. Nie widzę siebie w lotnictwie na stałe. To życie pod grafik, bardzo specyficzna branża: fascynująca, ale męcząca. Mój brak obecności wpływa też na życie moich bliskich.


Jeżeli fascynuje Cię lotnictwo, przeczytaj wywiady z kontrolerem ruchu lotniczego Tomaszem Wojciechowskim oraz z pilotem Mateuszem Osęką.


I jest jeszcze jedna rzecz, której się nie spodziewałam: ta praca bywa bardzo samotna. Relacje są powierzchowne, bo ekipy zmieniają się non stop. Żartuję czasem, że w galley mamy taką „spowiedź nieznajomych”. Potrafimy opowiedzieć sobie o bardzo osobistych rzeczach, bo dzielimy wspólne doświadczenie, ale jednocześnie wiemy, że pewnie już nigdy razem nie polecimy. To daje chwilowe wsparcie, ale nie buduje niczego na przyszłość.

Co jest tą najbardziej niewidoczną częścią waszej pracy, ale ważną?

Najbardziej niewidoczna część naszej pracy to cały backstage, który jest niesamowicie dynamiczny i precyzyjnie zaplanowany. Często zaczynamy dyżur w środku nocy od briefingu, podczas którego poznajemy specyfikę lotu, profil pasażerów, dowiadujemy się o ewentualnych turbulencjach.

Potem jedziemy do samolotu, gdzie zaczyna się sprawdzanie sprzętu. Każdy otrzymuje przydzieloną swoją pozycję oraz checklistę. Przygotowujemy się do wszystkiego, co się da przewidzieć. Wiemy dokładnie, po co sięgnąć i gdzie to jest. Procedury są sztywne, żeby w sytuacji awaryjnej nie tracić ani sekundy na zastanawianie się. Wiele czynności wykonujemy już z automatu i to jest ta część, której pasażerowie zwykle nie widzą, a która jest ważna dla ich bezpieczeństwa.

Zaciekawił mnie ten profil pasażerów.

Profil pasażerów wynika głównie ze statystyk danego kierunku i naprawdę potrafi się różnić. Na Seszele lecą głównie pary w świetnych nastrojach: honeymoon, rocznice, urodziny. Atmosfera jest lekka, wakacyjna. Krótkie loty biznesowe z Dubaju do Arabii Saudyjskiej wyglądają zupełnie inaczej, ludzie siedzą w garniturach, jest mało rozmów, często nikt nie zamawia posiłków.

Odkryj zabawę na nowo

Do Dżeddy lecą pielgrzymi, więc wiemy, że w trakcie lotu będą się przygotowywać do modlitwy. W islamie oznacza to rytualne obmycie się, dlatego możemy spodziewać się łazienek pełnych wody. Musimy być gotowi, żeby to ogarniać. Na lotach do Australii przeważają z kolei pasażerowie starsi, więc jesteśmy bardziej czujni pod kątem medycznym.

Europejskie loty potrafią być bardziej „alkoholowe”, więc również i to trzeba monitorować. A na lotach do Afryki pasażerowie wyjątkowo dużo kupują, więc sprzedaż duty free trwa tam praktycznie bez przerwy. Osoba odpowiedzialna za sprzedaż ma wtedy ręce pełne roboty, a reszta załogi przejmuje część jej obowiązków, żeby cały serwis przebiegał płynnie.

Ewelina Tomkiewicz stwewardesa w podróży Afryka
[c] Ewelina Tomkiewicz

Czy zdarzyło ci się brać udział w nagłej sytuacji na pokładzie i wykorzystać umiejętności ze szkoleń?

Na szczęście nie miałam na pokładzie ani porodu, ani zgonu — i mam nadzieję, że nigdy się z tym nie spotkam, choć to wcale nie są rzadkie sytuacje. Wielu moich znajomych w załodze już przez to przechodziło.

Jeśli chodzi o umiejętności medyczne, to wykorzystujemy je właściwie na każdym locie. Może nie w tak skrajnych przypadkach, ale ataki paniki, omdlenia, napady padaczkowe czy zatrucia to
u nas codzienność.

A jeśli chodzi o porody, statystycznie najczęściej zdarzają się na lotach do Stanów. Wiele osób leci tam dosłownie na ostatnią chwilę, licząc, że dziecko urodzi się na amerykańskiej ziemi i dostanie paszport.

Czy to prawda, że dziecko urodzone na pokładzie może potem latać za darmo daną linią?

To mit. Linie lotnicze nie dają takim dzieciom darmowych lotów. Natomiast u nas załoga po 15 latach pracy faktycznie dostaje jeden bezpłatny bilet rocznie — dożywotnio.

Co w sytuacji, gdy poczujemy się źle przed startem?

Każdy przypadek medyczny na pokładzie wiąże się z dużym ryzykiem. Dlatego przy najdłuższych, kilkunastogodzinnych lotach bez przerw, niezwykle ważny jest boarding, czyli moment, w którym obserwujemy pasażerów pod kątem „fit to fly”.

Często ktoś sam nie zdaje sobie sprawy, że nie powinien lecieć. Dolegliwości pozornie niegroźne mogą w powietrzu przerodzić się w bardzo poważne problemy. A gdy jesteśmy nad oceanem czy Arktyką, nie ma możliwości szybkiego lądowania. Mamy tylko sprzęt na pokładzie i kontakt z medyczną jednostką naziemną. Dlatego na takich lotach jesteśmy wyjątkowo czujni i uważnie obserwujemy wszystkich przed startem.

A zdarza się, że nie wpuszczacie kogoś na pokład właśnie ze względów medycznych?

Pasażer może zostać offloadowany. I to wcale nie są rzadkie sytuacje, zwłaszcza na długich lotach. Ostateczna decyzja należy do kapitana, bo każdy potencjalny przypadek medyczny stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa i mocno obciąża załogę. Jeśli istnieje choć cień podejrzenia, że w trakcie lotu może dojść do komplikacji, taka osoba może zostać wyproszona z pokładu.

Kapitan może zdecydować o tym od razu? Wystarczy, że coś wzbudzi wasze podejrzenia?

Nie. Tu działa pełna procedura. Kapitan podejmuje ostateczną decyzję, ale opiera się wyłącznie na raportach lekarzy i załogi. Siedzi w kokpicie, dostaje konkretne informacje, nie ocenia nikogo po wyglądzie.

Jak różnice kulturowe wpływają na wymogi co do wyglądu stewardes?

U nas mundur ma duże znaczenie. Symbolizuje elegancję, bezpieczeństwo i arabską kulturę, którą reprezentujemy.

Jeśli chodzi o wygląd, część wymogów jest czysto praktyczna. Na przykład wzrost: musimy dosięgnąć do schowków, obsłużyć sprzęt bezpieczeństwa, a czasem pomóc pasażerowi włożyć bagaż do góry. Podobnie z wagą, chodzi o odpowiednie BMI, które jest elementem oceny „fit to fly”, obowiązującej nie tylko pasażerów, ale i załogę.

Druga część zasad to kwestie wizerunkowe. Załoga pochodzi z całego świata, więc linia musi mieć wspólne standardy: określona fryzura, makijaż, kolor paznokci czy szminki. Mamy nawet wyliczoną liczbę wsuwek do włosów. To część spójnego, ambasadorskiego obrazu firmy.

Ewelina Tomkiewicz stewardesa na Moście Brooklińskim w Nowym Jorku z widokiem na panoramę Manhattanu i nowojorskie drapacze chmur w tle.
[c] Ewelina Tomkiewicz

To jest ciekawe.

Tak, wszystko jest określone: ile kolczyków, ile pierścionków, nawet kolor rajstop. To bardzo sztywne zasady, ale wynikają z wizji firmy, a nie z tego, co jest „ładne” czy „atrakcyjne”.

Nie czujesz żadnej presji, która się z tym wiąże?

Nie, w ogóle. Jasne, osoby z bardziej buntowniczą naturą mogą mieć z tym trudność, bo reguły są sztywne. Niemniej, kiedy później widzimy inne załogi na lotnisku, same przyznajemy, że ta nasza spójność i jednolity wizerunek naprawdę podkreślają prestiż linii.

Czy odcień czerwieni na paznokciach i ustach jest u was ściśle określony?

I tak, i nie. Kolor musi być czerwony, ale nie ma jednej narzuconej marki. Odcień dobiera się tak, by pasował do karnacji: osoby o ciemniejszej skórze mogą mieć głębszą czerwień, a my jaśniejszą. Może być też kolor nudziakowy, taki w odcieniu skóry, lub french. Od sześciu lat niestety nic innego na paznokciach nie miałam. Pierwsza rzecz, którą zrobię po tym, jak przestanę być stewardesą, to pomaluję sobie paznokcie na inny kolor! Ja naprawdę mam taką listę rzeczy, które zrobię po zostawieniu skrzydeł.

A co jeszcze na niej umieściłaś?

Głównie rzeczy związane z wyglądem: ścięcie i farbowanie włosów, tatuaże, może jakiś piercing, bo teraz mogę mieć tylko jeden kolczyk w uchu, a każde dodatkowe przekłucie zaraz by zarosło. Poza tym marzy mi się prawo jazdy na motocykl, ale niestety ciągle brakuje mi na to czasu.

To gdzie latasz najchętniej, służbowo i turystycznie?

To się zmienia, bo lubię zarówno nowe miejsca, jak i te, do których wracam dla odpoczynku. W tych „znajomych” mam już swoje ulubione restauracje, sklepy, kąty i to bardzo doceniam.

Zabawne jest to, że załoga nie podróżuje turystycznie, tylko żyje w świecie. Na masaż jeździmy do Tajlandii, mięso kupujemy w RPA, owoce w Wietnamie, elektronikę w USA, a ubrania w Europie. To dla nas normalne. Jeśli proszę koleżankę o krem z Tajwanu, to dla niej to żaden problem. Wciąż cieszę się, gdy w grafiku pojawia się nowy kierunek, bo mimo sześciu lat latania nadal mam wiele do odkrycia. Ostatnio byłam pierwszy w Senegalu i Lizbonie.

Uwielbiam Japonię i Tajwan za kulturę i jedzenie. Trudniejsze do złapania loty, jak Miami czy Rio, też sprawiają dużo radości. Prywatnie coraz częściej wybieram Afrykę obserwowanie dzikiej natury i zwierząt w ich naturalnym środowisku. To zupełnie inny świat niż ten, który znamy na co dzień.

A jak długo trwają takie przerwy między lotami? Dużo macie czasu w nowym miejscu, żeby faktycznie tam pobyć?

Długość pobytu zależy od kierunku. Czasem mamy tzw. turnaroundy, czyli lot tam i z powrotem, bez wychodzenia z samolotu. Jesteśmy na ziemi może dwie godziny i wracamy.

Najczęściej zdarzają się layovery, czyli pobyty około 24–30 godzin. Firma zapewnia hotel i diety, a ten czas jest w pełni nasz, dopóki wracamy na lot punktualnie i w dobrej formie. Są też multisektory — lecimy wtedy w jedno miejsce, a potem z niego dalej, czasem do kilku kolejnych miast. Taka rotacja potrafi trwać nawet osiem dni, choć nie zdarza się często. W praktyce więc cała ta „chwila na miejscu” to zwykle od jednej do trzech dób.

ewelina Tomkiewicz zwiedza Lizbonę stewardesa
[c] Ewelina Tomkiewicz

Czy jakiś zwyczaj lub zachowanie pasażerów z różnych kultur szczególnie cię zaskoczył lub zapadł w pamięć?

Trudno mi dziś wskazać jedną sytuację, bo po sześciu latach wiele rzeczy stało się dla mnie naturalnymi. Praca w chmurach nauczyła mnie ogromnej otwartości i empatii. W lotnictwie bardzo szybko odkrywa się, że rzeczy oczywiste dla nas wcale nie muszą być oczywiste dla kogoś z innej kultury i że tak naprawdę każdy ma swoją rację.

Z czasem zauważyłam też, jak wiele drobiazgów może mieć znaczenie. Na przykład w Japonii nie wolno podawać pałeczek pionowo, musi być horyzontalnie, inaczej można kogoś urazić. W niektórych kulturach kobieta nie może siedzieć obok mężczyzny, który nie jest jej mężem, więc czasem musimy przesadzać pasażerów, żeby uszanować ich zasady.

Czy to coś w tobie zmieniło?

Sprawiło, że mam większe poszanowanie dla tradycji i chęć jej pielęgnowania. Zrozumiałam, jak bardzo daje poczucie przynależności, zwłaszcza kiedy żyje się z dala od domu. Mam wrażenie, że młodsze pokolenie trochę od tego ucieka, a lotnictwo przewrotnie pokazało mi, jak cenne jest mieć swoją kulturę i własne rytuały.

Ewelina Tomkiewicz stewardesa zdjęcia z podróży
[c] Ewelina Tomkiewicz

Widzę też wyraźnie, że Polacy nie przodują w podtrzymywaniu tradycji w porównaniu z innymi nacjami. U wielu z nich widać ogromną dumę z korzeni i konsekwencję w ich pielęgnowaniu i to robi wrażenie.

A jacy jesteśmy?

Zaskoczyło mnie, jak chłodni jesteśmy na tle innych narodowości. Nie przepadamy za small talkiem, jesteśmy bardzo zadaniowi. Gdy pracuję z Brazylijczykami, początkowo ich serdeczność i fizyczna bliskość wybijały mnie z równowagi, a dla nich to po prostu normalny sposób okazywania ciepła.

Bardzo łatwo rozpoznać Polaków na pokładzie. Czasem przywitam kogoś po polsku i od razu pada pytanie: „Skąd pani wiedziała?”. To po prostu widać. Tak samo rozpoznaje się większość narodowości, różnice są naprawdę wyraźne, kiedy pracuje się z ludźmi z całego świata.

Czy częste latanie i patrzenie na świat „z góry” daje ci większy dystans do codziennych spraw?

Oczywiście, że tak. Sama praca i kontakt z tak różnymi narodowościami bardzo zmienia perspektywę. Kiedy z bliska widzi się problemy ludzi z różnych części świata, własne zaczynają wydawać się mniejsze. Dopiero w lotnictwie zrozumiałam, jak uprzywilejowani są Europejczycy i jak wiele znaczy nasz paszport.

Nawet samo patrzenie przez okno na jedenastu kilometrach wysokości działa jak reset. Stres i pretensje naprawdę maleją. Na reset głowy pomaga też to, jak funkcjonuje się na pokładzie: trzeba być kreatywnym, ale jednocześnie wszystko opiera się na sztywnych procedurach, więc wiele rzeczy robi się automatycznie.

Ewelina tomkiewicz stwewardesa w podróży
[c] Ewelina Tomkiewicz

W powietrzu żyje się tu i teraz. Nie ma internetu, scrollowania, rozkminiania, co będzie za tydzień. Jest lot, który trwa od–do i konkretne zadania do wykonania. Dla mnie wejście na pokład bywa wręcz odpoczynkiem od myślenia. Zero „overthinkingu”.

Co byś powiedziała komuś, kto marzy o zawodzie stewardessy?

Powiedziałabym „Go for it!”. To naprawdę wspaniała przygoda, która otwiera głowę, zmienia myślenie, uczy świata, ale dodałabym też kilka ważnych rzeczy.

Po pierwsze, warto mieć plan na później. Lotnictwo, zwłaszcza w dobrych i prestiżowych liniach, potrafi rozleniwić. Ta praca to przygoda, rzadziej docelowy plan na całe życie.

Po drugie, ten lifestyle uzależnia. Tempo, ciągłe bodźce, dopamina. My nie kreujemy tej atrakcyjności, ona po prostu się wydarza. I kiedy z tego wychodzisz, pojawia się pytanie: „Co teraz?”. Życie poza lotnictwem nie jest atrakcyjne samo z sobie, trzeba je świadomie budować.

Po trzecie: podróże są skutkiem ubocznym, nie sednem pracy. To praca z ludźmi. Jeśli ktoś mówi: „Zostałam stewardesą, bo kocham podróże”, to mam wątpliwość, czy pokocha tę pracę w całości. Tu trzeba naprawdę lubić ludzi i radzić sobie w trudnych sytuacjach, a nie tylko spacerować w pięknym mundurze po lotnisku (choć to oczywiście miłe).

A na koniec: najlepiej wejść w lotnictwo wtedy, gdy ma się już coś swojego: studia, zawód, plan B. Wtedy łatwiej docenić tę pracę i jeszcze łatwiej kiedyś z niej wyjść, jeśli przyjdzie taka potrzeba.


ewelina tomkiewicz stewardesa panorama miasta

Ewelina Tomkiewicz – doświadczona stewardessa jednej z najbardziej znanych linii lotniczych na świecie. Na co dzień mieszka w Dubaju i prowadzi profil na Instagramie happy_anew: https://www.instagram.com/happy_anew/


Przeczytaj również:

FAQ

Hanna Sieja-Skrzypulec

Literaturoznawczyni, copywriterka i instruktorka pisania. Autorka „Twórczego pisania na gruncie polskim”, scenariuszy filmowych oraz artykułów poświęconych kreatywności. Kocha mikropodróże, szwendanie się po miastach oraz wędrówki przez pola i lasy. Lepiej nie pytać jej o drogę.

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?