Jordania-wadi rum

Kurczowo trzymam się drzwi, ale wydmy i nierówny teren sprawiają, że droga jest wyboista, a Mehedi nie zdejmuje nogi z gazu. W powietrzu unosi się pomarańczowy piasek — czuję jego ziarenka w oczach, na twarzy i pod ubraniami. 

W Ammanie, stolicy Jordanii, wylądowałam na początku listopada. Tego dnia ulewne deszcze doprowadziły do powodzi na terenie kraju. Zarezerwowane noclegi przepadły. Nie udało mi się odzyskać pieniędzy. Czekając w biurze przewoźnika, który realizuje przejazdy na południe kraju, przeklinałam swoje nadgorliwe planowanie. Plan podróży opóźnił się o dwa dni. Pracownik firmy autobusowej JETT zapewnił mnie, że mogę bezpłatnie przebukować bilet autobusowy na inny dzień. Na jaki? Tego już nie był w stanie powiedzieć. 

Dwadzieścia cztery godziny w drodze

Transport publiczny w Jordanii nie jest zbyt rozwinięty. Autobusy, nawet na głównych trasach, często kursują raz dziennie. I zazwyczaj odjeżdżają wcześnie rano, co uniemożliwia sprawne przesiadki. Bezpośrednia trasa z Ammanu do Wadi Rum zajmuje około czterech godzin jazdy samochodem. Jeśli, jak ja, nie prowadzisz auta i nie chcesz dołączyć do grup wycieczkowych, dotarcie do celu zajmie ci ponad 24 godziny.  Najpierw jadę autobusem ze stolicy do Wadi Musa. Następnego dnia, około 6 rano, łapię busa do Wadi Rum Visitor Centre. Tam odbiera mnie Mehedi, organizator pustynnych wypraw w tym regionie. 

Zawsze warto mieć ze sobą kilka banknotów więcej. Cena za przejazd różni się w zależności od kierowcy i jego nastroju. Wyczytałam, że zazwyczaj koszt biletu na trasie Wadi Musa – Wadi Rum wynosi 7 dinarów jordańskich. Płacę 8. Chłopak, który stoi za mną, 10. Czym prędzej wskakuję do busa i zważywszy na wczesną porę, próbuję się zdrzemnąć. Niezbyt mi się to udaje, gdyż z samochodowego radia rozbrzmiewa donośna muzyka. Lokalne utwory przeplatają się z międzynarodowymi hitami. Rozglądam się dookoła. Kierowca delikatnie kołysze głową w rytm muzyki. Jedną dłoń trzyma na kierownicy, a w drugiej, wystawionej przez okna, pali papierosa. Uśmiecham się, bo w kilku miejscach przyklejona jest naklejka z zakazem palenia. Obok jednej z nich dostrzegam też polski akcent – to zielona wlepka z hasłem “Strefa wolna od Legii”. 

Odkryj Jordanię
Jordania - Daria Prygiel ze swoim kierowcą i przewodnikiem w Wadi Rum © Daria Prygiel
Ja z moim kierowcą i przewodnikiem, Jordania © Daria Prygiel

Najsłodsza herbata, jaką piłam w życiu

Mehedi wita mnie z ogromnym uśmiechem. Jest mojego wzrostu. Ma na sobie długą, luźną, sięgającą do kostek białą szatę, zwaną thawb. Głowa przykryta jest keffiyeh, chustą, która chroni go przed słońcem i piaskiem. Ze zdziwieniem zauważam, że nosi sandały, podczas gdy ja założyłam sportowe buty. Później przekonuje mnie, że sandały to jedyne słuszne obuwie na pustyni, gdyż noszenie skarpet i zamkniętych butów nie jest wygodne w gorącym, wilgotnym klimacie, a szczególnie że piasek łatwo dostaje się do środka. 

Mehedi ma dwa smartfony. Zdążył zapytać, jak minęła mi podróż, gdy nagle rozbrzmiewa jeden z nich. Odbiera i zaczyna rozmawiać po arabsku. Mówi bardzo szybko i głośno. Po chwili kończy rozmowę i prosi, abym poszła za nim. Docieramy do parkingu, gdzie wsiadamy do białej, nieco wysłużonej już, Toyoty Land Cruiser. Po kilku minutach jazdy niespokojnie rozglądam się za pasami bezpieczeństwa. Kurczowo trzymam się drzwi, ale wydmy i nierówny teren sprawiają, że droga jest wyboista, a Mehedi nie zdejmuje nogi z gazu. W powietrzu unosi się pomarańczowy piasek — czuję jego ziarenka w oczach, na twarzy i pod ubraniami. 

Przede mną pustynny krajobraz. Początkowo zdaje się być pasmami pozornie monotonnego piasku. Jednak w rzeczywistości Wadi Rum stanowi siedlisko flory i fauny, przystosowanej do przetrwania w warunkach nieubłaganego upału. Otaczają je monumentalne formacje geologiczne. Są ozdobione naskalnymi malowidłami, opowiadającym historię milionów lat. 

Jordania. Przyjechałam tu, aby spędzić kilka dni na pustyni z Beduinami. Są najstarszym plemieniem arabskim, niegdyś żyjącym w nieustannych ruchu. Szacuje się, że w Jordanii żyje blisko 4 miliony Beduinów, lecz niewielki procent z nich wciąż prowadzi koczowniczy tryb życia. Niezmienne pozostaje jednak przywiązane do pustyni i wykorzystywanie jej naturalnych bogactw. Kiedyś do hodowli zwierząt, uprawy roślin, a dziś do rozwijania turystyki. 

Nie zdążyłam wysiąść z auta, a już ktoś podaje mi szklankę gorącej i niezwykle słodkiej herbaty. Każe usiąść i odpocząć. Dotarliśmy do obozu, z którego wkrótce wyruszymy w głąb pustyni. Mehedi opowiada, jak zaczynał od bycia kierowcą. Dziś skupia się na koordynowaniu rezerwacji, prowadzeniu strony internetowej czy odpowiadaniu na zapytania klientów. Zajmuje to sporo czasu, ponieważ aktualnie oferują kilkanaście rodzajów wycieczek — od kilkudniowych pobytów na środku pustyni po wspinaczkowe eskapady. I chętnych, szczególnie w sezonie (od marca do maja i od września do listopada), nie brakuje! 

Czy wylądowaliśmy na Marsie?

“Wystarczy tych pogaduszek”, mówi kolega Mehediego. Uśmiecha się od ucha do ucha i pospiesza nas, klaszcząc dłońmi. Jak się okazuje, to Aamir, mój przewodnik po Wadi Rum. Podobnie jak Mehedi, ubrany jest w thawb, na który założył kamizelkę. Listopadowe dni na pustyni mogą być chłodne! 

Szybko przyzwyczajam się do beztroskiego i energicznego stylu jazdy Aamira. Pozwala mi to skupić się na podziwianiu pustynnych pejzaży niczym z planety Mars, formacji skalnych o ostrych kształtach, kamiennych mostów… Pierwsza część dnia upływa nam na przemierzaniu pustyni, oczywiście z dużą prędkością, i odhaczaniu kluczowych punktów z listy. 

Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymujemy się przy czerwonych wydmach. Wdrapujemy się na samą górę i podziwiamy widok zasp rozciągających się we wszystkich kierunkach. W oddali dostrzegamy wysokie góry z piaskowca i granitu, niekiedy nazywane przez lokalsów “jebels”. Odwracam głowę w każdą możliwą stronę, wytężam wzrok, a mimo to trudno mi ogarnąć, jak wielka jest ta pustynia. Im dłużej patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że horyzont się oddala. Z zamyślenia wyrywa mnie Aamir, który proponuje, abyśmy szybko zbiegli na dół. Przytakuję i po kilku sekundach dociera do mnie, dlaczego chciał to zrobić. Biegnąc po miękkim piasku, masz wrażenie, że się unosisz, że falujesz na wodzie. Spoglądam w kierunku Aamira, który niczym dziecko zanosi się śmiechem i pokrzykuje, zbiegając w dół. Co za frajda! 

Naszym kolejnym przystankiem jest kanion Khazali. Jako że dochodzi dwunasta, możemy na chwilę uciec od palącego słońca, skrywając się między ścianami kanionu, które pokryte są islamskimi inskrypcjami. Niektóre z nich wskazują drogę, a inne przekazują nauki o islamie. Przepływa tędy też niewielki strumień, dlatego czasami trzeba się nagimnastykować, aby pokonać całą trasę i, na przykład, nie zamoczyć butów. 

Aamir rozpala ognisko na środku pustyni. Po wyjściu z kanionu wsiadamy do jeepa i w kilka minut docieramy w ustronne miejsce. Zjemy tu lunch. Główna potrawa smakuje trochę jak gulasz — to gęsta mieszanka różnego rodzaju warzyw: pomidorów, fasoli, groszku. Oprócz tego, mam do wyboru kilka rodzajów hummusu i świeży, pyszny chleb pita.

Most Um Frouth łączy dwie ogromne skały położone obok siebie. Gdy ja wciąż podziwiam formację z dołu, Aamir jest już w drodze na górę. W sandałach. Po stromej skale. Nagle odwraca się w moją stronę i krzyczy: “Na co czekasz? Wspinamy się!”. Nawet nie dyskutuję i choć nie wygląda to bezpieczne, podążam za nim. Wejście na górę, mimo że bardzo strome, zajmuje mniej niż dwadzieścia minut. Będąc na szczycie skały, patrzę na niekończące się morze piasku, ślady pozostawione przez pojazdy przejeżdżające tędy każdego dnia, skały zmieniające kolor w zachodzącym słońcu.

Aamir miał rację. Dzień powoli dobiega końca. Czuję spore ochłodzenie w porównaniu do upalnego południa. W listopadzie temperatura szybko może spaść poniżej dziesięciu stopni. Mój przewodnik ponownie rozpala ognisko w ustronnym miejscu. Poleca usiąść blisko ognia. Wystawiam dłonie w kierunku płomieni, ogrzewając się i oglądając, jak Wadi Rum pogrąża się w mroku. 

Wieczór na pustyni

Jordania - zachód słońca na pustyni © Daria Prygiel
Zachód słońca na pustyni, Jordania © Daria Prygiel

Mam wrażenie, że jestem sama na środku pustyni. Nasz obóz jest położony z dala od pustynnych atrakcji, otoczony wysokimi skałami, bardzo prywatny. Śpimy w namiotach, w których znajdują się tylko łóżka, poduszki i koce. Dużo koców! Nie ma ogrzewania, gniazdek czy lampek nocnych. Łazienki są na zewnątrz — dwie toalety, dwa prysznice. Ciepła woda leci z ogromnego zbiornika, w którym nagrzała się przez cały dzień. 

Należy odkopać tace i rozpocząć ucztę! Na kolację zaserwowano nam Zaarb, typowy beduiński przysmak. Jego wyjątkowość polega na sposobie przygotowania. Najpierw wykopuje się dół w ziemi, aby rozpalić w nim ognisko. Następnie wykładamy spód dołu kamieniami. A gdy są już wystarczająco gorące, tace wraz z kawałkami mięsa i warzywnymi dodatkami przykrywa się metalową pokrywą, kocem i zasypuje w tymże dole. Po niecałych dwóch godzinach jedzenie jest gotowe. Gromadzimy się w ogromnym namiocie. Służy on jako salon i miejsce spotkań. Z każdą minutą zapełnia się coraz bardziej, a do mnie i Aamira dołączają inni podróżnicy, ich przewodnicy. Dźwięki rozmów i śmiechu wypełniają namiot. Aamir pilnuje, aby każdy zasmakował posiłku, co chwilę dolewa nam słodkiej herbaty, a jednocześnie opowiada o tym, jak to się stało, że został przewodnikiem. Wspomina pierwsze wyprawy, naukę języka angielskiego, pokazuje zdjęcia swoich dzieci.

Wyrusz na swoją pustynną przygodę

Prawdziwa magia Wadi Rum nie tkwi w zachwycających krajobrazach, ani nawet w beduińskich tradycjach. Ujawnia się w momentach takich jak ten. Kiedy ludzie z różnych zakątków świata, odmiennych kultur, wyznań odnajdują wspólny język na środku jordańskiej pustyni.

Artykuł powstał we współpracy z visitjordan.com.


FAQ

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?