Bhutan [c] dr Szymon Żyliński

Nagrał ujęcia pod World Trade Center tuż przed 11 września. Autostopem przemierzał Skandynawię, a także Bhutan – kraj, w którym ulubioną przekąską są papryczki chili, a król sam ograniczył własną władzę. O „królestwie szczęścia” opowiada dr Szymon Żyliński, medioznawca z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, który naukowo bada system medialny Bhutanu.

Podróżowałeś trochę po Skandynawii i krajach bałtyckich. Jakie doświadczenie z tej części świata wspominasz najmocniej?

Autostop. Podróżowanie autostopem uważam wręcz za przeżycie niemal mistyczne. Decydując się na wejście do czyjegoś auta, stajesz przed kimś, kogo nie znasz i oddajesz mu w ułamku sekundy całkowitą kontrolę nad swoim losem. Nie wiesz, dokąd dokładnie dojedziesz ani z kim spędzisz ten czas. 

Jednak przyznam, że Skandynawia to rejon raczej nieprzyjazny dla autostopowiczów. W Szwecji przeważnie zabierali mnie do swoich samochodów imigranci. Zresztą dzisiaj klasyczny autostop powoli umiera, ludzie mają nieco więcej pieniędzy i decydują się na wygodniejsze oraz szybsze przeloty tanimi liniami lub korzystają z tanich autokarów.

Byłeś też w Finlandii, żeby przyjrzeć się tamtejszemu systemowi edukacji.

System w Finlandii jest świetny. Nauczyciele to prestiżowy, doskonale opłacany zawód, do którego bardzo trudno się dostać. Sam proces nauki opiera się na naturalnym poznawaniu świata, a nie nudnym wkuwaniu z podręczników. Oddaje się w nim dużo kontroli dzieciom. Jedna znajoma podsumowała to bardzo trafnie: „u nas jest nudno, ale wszystko działa”. Mam syna i z przyjemnością posłałbym go do takiej szkoły.

Któreś z fińskich rozwiązań wprowadziłbyś do Polski?

Kulturę saunowania! Regularne saunowanie doskonale wpływa na układ krążenia oraz odporność. Poza tym to fantastyczna, integrująca rzecz, także w postaci publicznych saun dla lokalnej społeczności danej dzielnicy. Cieszę się, że u nas też staje się to coraz bardziej popularne.

Wchodzę na Twój kanał YouTube i widzę historię chłopaka, który pracował na budowie w Nowym Jorku, kupił pierwszą kamerę, a potem nagrał film o WTC niedługo przed atakami 11 września. Jak to się stało, że któregoś dnia ląduje on w Bhutanie?

Po drodze wydarzyło się bardzo wiele. W 2000 roku, na początku studiów, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych na program Camp America, a potem na Work and Travel. Przez pięć lat studiów magisterskich każde wakacje spędzałem właśnie tam. Po studiach mieszkałem chwilę w Australii i ponownie w USA.

Kiedy wróciłem do Polski, zacząłem zastanawiać się, w jakim momencie mojego życia byłem najszczęśliwszy i doszedłem do wniosku, że było to w trakcie nauki. Zrobiłem więc studia doktoranckie, a gdy szukałem tematu do habilitacji, rozglądałem się za krajem odległym i ciekawym. Rozważałem różne kierunki, między innymi wyspy Polinezji, ale Bhutan wydał mi się najbardziej obiecujący badawczo.

Z jakiego powodu?

Ponieważ ich media funkcjonują w języku angielskim. Kraj niesamowicie mnie zafascynował. Udało mi się tam pojechać po raz pierwszy w 2015 roku na konferencję naukową. Później nawiązałem relacje akademickie z Royal Thimphu College, dzięki czemu mogłem pojechać tam w ramach programu Erasmus, a wkrótce ich badacze przyjadą z rewizytą na nasz uniwersytet w Olsztynie.

Czyli wybór kierunku to była taka podróż „palcem po mapie”?

Tak! Ja lubię podróże i szukałem takiego miejsca, które mnie zainteresuje, które będzie inne. Bhutan mnie zafascynował, bo był wyzwaniem. Taki przeciętny turysta nie może tam wjechać bez dokonania opłaty za każdy dzień pobytu (trzeba płacić za pobyt od 200 do 250 dolarów dziennie). Bardzo się jarałem tym pomysłem!

Szymon Żyliński w Bhutanie
Bhutan [c] Szymon Żyliński

Wspomniałeś, że w mediach dominuje język angielski. Czy to również język urzędowy Bhutanu?

Oficjalnym językiem urzędowym jest dzongkha, ale w kraju funkcjonuje ponad dwadzieścia różnych języków. W praktyce dzongkha posługują się na co dzień głównie mieszkańcy jednego regionu wokół stolicy oraz klasy wyższe. Wiele osób uczy się go w szkole jako języka dodatkowego, ale nie czuje się w nim pewnie. Pierwszym językiem dla większości Bhutańczyków jest język ich lokalnej społeczności, z której pochodzą, na przykład sharchop na wschodzie. 

To skąd ten angielski?

Angielski odgrywa kluczową rolę w systemie edukacji – to w nim wykładana jest matematyka, geografia i reszta przedmiotów. Dlatego jeśli ktoś chce się porozumieć z osobą z innego regionu, naturalnie przechodzi na język angielski.

Cała ta sytuacja wynika z uwarunkowań historycznych. W latach 50. i 60., gdy Chiny najechały Tybet, Bhutan starał się zabezpieczyć przed podobnym losem i wyciągnął rękę do Indii. Zastanawiano się nad wprowadzeniem języka hindi do szkół, ale ostatecznie zaproszono kanadyjskiego jezuitę, ojca Williama Mackaya, by stworzył ich nowoczesny system edukacji. To on wprowadził do szkół język angielski.

Dzieci z Bhutanu w drodze do szkoły w obiektywie Syzmona Żylińskiego
[c] Szymon Żyliński

💡 Ojciec William Mackey, kanadyjski jezuita, który stworzył fundamenty bhutańskiej edukacji, otrzymał w 1986 roku honorowe obywatelstwo Bhutanu – rzadkie wyróżnienie dla cudzoziemca. Choć był katolickim duchownym, zgodnie z umową z królem nie prowadził działalności misyjnej. Do dziś uznawany jest za jedną z najważniejszych postaci w historii nowoczesnego Bhutanu.


Taka językowa różnorodność w kraju liczącym niespełna 800 tysięcy mieszkańców robi wrażenie. Co zwykle odpowiadasz ludziom, którzy pytają: „Co to za kraj?”

Opowiadam o ich stosunku do chili. Bhutańczycy jedzą ogromne ilości tych papryczek, ale nie traktują ich jako przyprawy, lecz jako pełnoprawne warzywo. Biorą świeżą papryczkę i chrupią ją ze smakiem, a dzieci są do tego przyzwyczajane od najmłodszych lat. Niedawno mój znajomy wrzucił na Instagram zdjęcie swojego pięciomiesięcznego dziecka, które siedziało nad całą miską chili i już zaczynało chrupać papryczkę. 

Narodowa potrawa Bhutanu to „ema datshi”, czyli ostre chili smażone z serem, podawane z białym ryżem. Do tego zazwyczaj podawana jest surówka, w której również jest piklowane chili. W rezultacie ich głównym posiłkiem jest ryż z chili, zagryzany kolejnym chili. Wynika to po części z faktu, że kapsaicyna naturalnie konserwuje jedzenie, co dawniej, w biedniejszym i rozwijającym się kraju, odgrywało kluczową rolę w zapobieganiu psuciu się żywności.

Papryczki chili w Bhutanie Szymon Żyliński
[c] Szymon Żyliński

Jakie było twoje pierwsze mocne przeżycie w Bhutanie?

Mogę nieskromnie powiedzieć, że jestem chyba pierwszym Polakiem, który jeździł po Bhutanie autostopem i udokumentował to w formie filmu. Normalnie w Bhutanie turysta z Zachodu nie mógł poruszać się samotnie. Płacąc dzienną opłatę turystyczną, dostawał w pakiecie samochód z kierowcą, jedzenie i przewodnika.

Lokalni kierowcy, zwłaszcza ci w pięknych, malowanych ciężarówkach jadących wolno nad himalajskimi przepaściami, zatrzymywali się bardzo chętnie. Byli jednak ogromnie zdziwieni moim widokiem i ciągle dopytywali, gdzie podział się mój przewodnik.


💡Przez lata Bhutan prowadził jedną z najbardziej restrykcyjnych polityk turystycznych na świecie, zgodnie z zasadą „high value, low volume”. Turysta nie mógł po prostu wjechać do kraju z plecakiem – wyjazd trzeba było zorganizować przez licencjonowane biuro, opłacić z góry dzienną stawkę obejmującą noclegi, transport, wyżywienie oraz obowiązkowego przewodnika i kierowcę. 

Samodzielne podróżowanie po kraju w praktyce nie było możliwe. Po reformie w 2022 roku system uproszczono: zrezygnowano z obowiązkowych pakietów w dotychczasowej formie, ale utrzymano wysoką dzienną opłatę turystyczną (Sustainable Development Fee). Dziś podróżowanie jest bardziej elastyczne, choć wciąż regulowane – część regionów wymaga dodatkowych pozwoleń, a Bhutan nadal konsekwentnie ogranicza masową turystykę.


Szymon żyliński naukowiec w Bhutanie
Bhutan [c] Szymon Żyliński

No właśnie, gdzie on był?

Ponieważ przebywałem tam w celach naukowych, funkcjonowałem niejako poza oficjalnym systemem turystycznym. Mimo to, by wyjechać z Thimphu do innych miast, uczelnia musiała w moim imieniu występować o specjalne przepustki, ponieważ na trasach znajdowały się checkpointy.

W Bhutanie bywa niebezpiecznie?

To niezwykle bezpieczny kraj. Uważam, że te checkpointy wynikają w dużej mierze z wpływów z Indii, które są przewodnikiem Bhutanu w polityce zagranicznej. Są one potrzebne przede wszystkim do kontroli ruchu i populacji. Przy budowie dróg pracuje bardzo wielu Hindusów i to jest też sposób na ich monitorowanie

Jeszcze całkiem niedawno Bhutan był monarchią autorytarną. 

Do 2006 roku. Wtedy król niespodziewanie zrzekł się absolutnej władzy na rzecz swojego 27-letniego syna i rozpisał demokratyczne wybory. Co ciekawe, obywatele wcale nie chcieli tej zmiany, pragnęli, by król dalej rządził. Przeprowadzono więc najpierw „ćwiczebne” wybory, w których głosowano na kolory, by nauczyć społeczeństwo samego procesu. 

Który kolor wygrał?

Pomarańczowy, ponieważ kojarzył się ludziom z barwami królewskimi oraz szatami buddyjskich mnichów. Obecnie to monarchia konstytucyjna wzorowana w pewnym stopniu na brytyjskiej, choć kultura senioralna nadal odgrywa tam ogromną rolę.

Bhutan w obiektywie Szymona Żylińskiego
[c] Szymon Żyliński

Jeżeli z czymś już kojarzymy Bhutan, to być może ze słynnym Szczęściem Narodowym Brutto (Gross National Happiness). Czy oni faktycznie są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie?

Zaczęło się to w latach siedemdziesiątych, gdy czwarty król Bhutanu podczas rozmowy z brytyjskim dziennikarzem wypalił, że dla nich najważniejsze nie jest PKB, lecz szczęście obywateli. Tak narodziła się idea Gross National Happiness, która dziś ma własne instytucje badawcze, konferencje i specjalne mierniki wysyłane nawet do najmniejszych wiosek.

Według mnie, z naukowego punktu widzenia, jest to przede wszystkim fantastyczny PR i chwyt marketingowy. Buduje on wokół Bhutanu mistyczną otoczkę, która przyciąga do kraju majętnych turystów. Jeśli spojrzymy na obiektywne, globalne rankingi szczęścia, to czołowe miejsca zawsze zajmują kraje skandynawskie, a Bhutan plasuje się zazwyczaj w środku stawki.

Co się kryje pod tą otoczką?

Pamiętajmy, że to wciąż kraj rozwijający się, który mierzy się z bezrobociem młodych, alkoholizmem czy problemami w rodzinach. Z powodu braku perspektyw po pandemii mnóstwo ludzi, w tym wykwalifikowani urzędnicy, masowo emigrowało do Australii.

Gospodarka kraju opiera się głównie na hydroelektrowniach. Prąd wytwarzany ekologicznie w górskich rzekach jest eksportowany do Indii. Ich największym sukcesem ekologicznym jest fakt, że zgodnie z konstytucją utrzymują zalesienie na poziomie co najmniej 70%, co czyni ich jedynym państwem na świecie pochłaniającym więcej dwutlenku węgla, niż go emitującym.

życie codzienne w Bhutanie szymon żyliński
[c] Szymon Żyliński

Z którym państwem regionu Bhutan ma najwięcej wspólnego kulturowo?

Z Tybetem. Niektórzy wręcz twierdzą, że nazwa „Bhutan” może oznaczać „koniec Tybetu”, bo to w tym miejscu zaczynała się dla nich nowa kraina. Język dzongkha jest zapisywany w tybetańskim alfabecie, a lokalny buddyzm jest niemal bliźniaczy z tybetańskim.

Nawet ojciec-założyciel nowożytnego państwa, który scalił Bhutan w XVII w., przybył tam na uchodźstwo właśnie z Tybetu. Stosunki między tymi terenami były niezwykle silne, dopóki w latach 50. do Tybetu nie wkroczyły Chiny.

Z pewnością obowiązują tam zwyczaje, które mogą być dla nas zaskoczeniem.

Niezwykle ciekawe są tradycje dziedziczenia po linii kobiecej. Bhutan był jednym z nielicznych państw tak silnie matriarchalnych, jeśli chodzi o kwestie własnościowe. Gospodarstwa rolne i ziemię dziedziczyło się w linii żeńskiej, co oznacza, że to matka przekazywała majątek córce. W specyficznych rejonach wysokogórskich, gdzie życie z pasterstwa było trudne, zdarzało się również, że jedna kobieta posiadała więcej niż jednego męża. Najczęściej byli to bracia pochodzący z jednej rodziny – dzięki temu majątek nie ulegał rozdrobnieniu, a w domu nie brakowało rąk do pracy.

W tradycyjnych rejonach Bhutańczycy nie posiadali nazwisk, tylko same imiona. Co więcej, nowonarodzonym dzieciom imion wcale nie nadawali rodzice, tylko szli do mnicha i to on przydzielał imię dziecku. Koncepcja dziedzicznych rodów czy nazwisk to dla nich bardzo świeży temat, zaadaptowany pod wpływem zachodnim głównie przez wyższe klasy blisko rodziny królewskiej.

Wróćmy do teraźniejszości. Czytałam, że Bhutan celowo opóźniał procesy globalizacyjne. Jak dzisiaj wyglądają u nich media, w tym media społecznościowe? Młodzież ich używa?

Używają i to bardzo aktywnie. Oni czekają do odpowiedniego momentu, przyglądają się rozwiązaniom z zewnątrz, oceniają zagrożenia i wprowadzają nowości, gdy czują się gotowi. Z tego powodu telewizję oraz internet udostępniono obywatelom dopiero w 1999 roku.

Choć dostęp do sieci nadal bywa relatywnie drogi z uwagi na limity danych, jest niezwykle popularny. Młodzi ludzie uwielbiają gry mobilne i media społecznościowe. Sam zacząłem nagrywać krótkie ciekawostki o Bhutanie. Co dla mnie najbardziej zaskakujące, na te filmy zaczęli trafiać również sami Bhutańczycy i chętnie komentują je po angielsku.

Istnieją tematy tabu, których nie wypada publicznie poruszać?

Oficjalnie media są wolne i mogą opisywać każdy temat, od korupcji po przestępstwa kryminalne. Jednak z przyczyn dyplomatycznych unika się na przykład mówienia o trudnych kwestiach w relacjach z Chinami, jak choćby tych dotyczących spornych terytoriów wysokogórskich.

Kluczową barierą jest jednak kultura senioralna, w której głęboko zakorzeniony jest szacunek do starszych i zakaz otwartego kwestionowania autorytetów. Kiedy młody dziennikarz chce przyprzeć do muru jakiegoś lokalnego polityka, zderza się ze ścianą. Rozmawiałem z pewną bhutańską felietonistką, która pisze… o psach. Kiedy zapytałem, dlaczego, odparła wprost: „bo nie mogę pisać o ludziach”. 


Szymon Żyliński UWM w Arabii Saudyjskiej

dr Szymon Żyliński – adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Zainteresowania badawcze koncentrują się wokół zagranicznych systemów medialnych (szczególnie Bhutanu), mediatyzacji, mediów społecznościowych oraz metodologii Q. Linki do mediów: Tylko Bhutan TikTok; tylko Bhutan Instagram; Kanał YouTube.


Przeczytaj również:

Hanna Sieja-Skrzypulec

Literaturoznawczyni, copywriterka i instruktorka pisania. Autorka „Twórczego pisania na gruncie polskim”, scenariuszy filmowych oraz artykułów poświęconych kreatywności. Kocha mikropodróże, szwendanie się po miastach oraz wędrówki przez pola i lasy. Lepiej nie pytać jej o drogę.

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?