Najbardziej nieoczekiwana sytuacja, którą przeżyłeś w Indonezji?
Podczas pobytu z kolegami na Borneo popłynęliśmy łodzią rybacką na bezludną wyspę. Było na niej naprawdę uroczo, więc zależało nam na każdej godzinie, żeby posiedzieć tam dłużej. Gość, który nas tam przywiózł, chciał nas odebrać już o trzeciej, ale my się uparliśmy, że wracamy o czwartej. Uznaliśmy, że jesteśmy cwani, trochę go przegadaliśmy i ostatecznie wypłynęliśmy dopiero o czwartej.
No i wtedy dopadł nas taki sztorm, te prądy morskie, przypływ, że naprawdę… Wróciliśmy na „główne” Borneo cali mokrzy, z wodą po kolana w łodzi.
I to mi pokazało, że trzeba być pokornym. Czasami lepiej zaufać ludziom, którzy tam żyją, nawet jeśli nie mają żadnej edukacji. Oni po prostu wiedzą o tym miejscu dużo więcej niż ktoś, kto myśli, że wszystko ogarnie. Taka nauka.
![Z rodziną na Borneo, na znaku: „Teren występowania krokodyli” [c] Piotr Śmieszek](https://traveltalks.esky.pl/wp-content/uploads/Z-rodzina-Borneo.jpg)
Uważasz, że podróże uczą pokory? A może jednak bardziej odwagi?
Najwięcej odwagi potrzeba na starcie, kiedy człowiek rusza za pierwszy zakręt i do końca nie wie, co tam jest. Ale z czasem ta odwaga już ani specjalnie nie rośnie, ani nie jest aż tak potrzebna.
Z pokorą jest odwrotnie. Mam wrażenie, że im dłużej się podróżuje, im dłużej ma się kontakt z ludźmi, często bardzo prostymi, gdzieś na drugim końcu świata, tym bardziej pokora jest potrzebna. I to jest coś, czego mam nadzieję, że nigdy nie stracę, bo to ważny wymiar człowieczeństwa.
Co musi się zadziać w życiu, żeby zamieszkać na drugim końcu świata?
Trzeba przebyć pewną drogę, która u mnie trwała kilka lat i polegała na coraz dalszych podróżach. Zaczęło się od Turcji, Jordanii, Syrii, aż z czasem wylądowałem w Bangkoku, co było moim pierwszym zderzeniem z innym światem i zauroczeniem Azją.
Jednak podczas mojej pierwszej wyprawy w te rejony około dwudziestu pięciu lat temu najbardziej do gustu przypadła mi Birma, która była wtedy niezwykle dziewicza i jawiła się jako kraj z innej planety.
Wróciłeś wtedy do Polski?
Wróciłem, choć wciąż wybierałem się w cykliczne biznesowe wyjazdy na Wschód do miejsc takich jak Tajlandia, Wietnam, Chiny oraz Birma, ze względu na branżę tekstylną, w jakiej działałem. Pod koniec tych wahadłowych wyjazdów pojawiła się Indonezja.
Na tę moją fascynację nałożyły się też sprawy osobiste. Wziąłem ślub w Dżakarcie z Indonezyjką, urodziły mi się dzieci i zamieniłem Polskę na archipelag. To było jakieś dwadzieścia lat temu. Dziś czuję się tu jak w domu i kiedy wyjeżdżam do Polski na wakacje, to już po kilku tygodniach mam ochotę wracać.
Dowiedz się, jak smakuje Tajlandia i przeczytaj nasz artykuł o najlepszych daniach kuchni tajskiej.
Zastanawiałeś się nad tym, skąd u ciebie ta fascynacja?
Na pewno duży wpływ miały te pierwsze, dawne wyjazdy na Wschód, kiedy uderzała mnie ogromna różnica między polskim a azjatyckim stylem życia i doszedłem do wniosku, że wschodnie podejście do życia i rozwiązywania problemów dużo bardziej mi odpowiada.
Wschodnie podejście do życia?
Chyba jedną z ważniejszych rzeczy jest tutejszy spokój. Spokój w życiu, w podejmowaniu decyzji, w kontaktach międzyludzkich. Oczywiście z czasem ten azjatycki brak pośpiechu potrafi trochę uwierać, zwłaszcza kiedy chce się coś załatwić szybciej, ale na początku absolutnie urzeka.
Kolejnym istotnym aspektem jest szeroko rozumiana rodzinność. Zarówno w Indonezji, jak i np. Tajlandii, to właśnie rodzina jest fundamentem wszystkiego. Zaspokoiło to we mnie swoistą tęsknotę za moim własnym dzieciństwem w Polsce, za czasami, gdy te więzi były u nas równie naturalne i bliskie, zanim wraz ze zmianami społecznymi zaczęły się stopniowo rozluźniać.

Jak zrozumieć Indonezję? To ogromny archipelag.
Musimy pamiętać, że żyje w niej ponad tysiąc grup etnicznych, które posługują się siedmiuset różnymi językami. Czasem nawet nie trzeba płynąć na sąsiednią wyspę, wystarczy przebyć zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, by całkowicie zmienić kulturowe środowisko. Doskonałym przykładem jest Papua, gdzie przewodnicy z dwóch bliskich wiosek muszą czasem używać tłumacza.
W takim razie od czego zacząć odkrywanie Indonezji?
Nie zabrzmi to oryginalnie, ale na pewno nie zaczynałbym od wyspy Bali, zwłaszcza jeżeli ktoś ma naturę prawdziwego odkrywcy. Pierwszą kotwicę proponowałbym zarzucić na Jawie, na której zresztą mieszkam. To najprostsze logistycznie, bo największe lotniska znajdują się w Dżakarcie czy Surabai.
Wyspa jest ponad dwa razy mniejsza od Polski, ale mieszka na niej aż sto sześćdziesiąt milionów ludzi, w tym dwie największe w kraju grupy etniczne: Jawajczycy i Sundajczycy. Zaczynając od Jawy, można po powrocie z czystym sumieniem powiedzieć, że widziało się, jak żyją prawdziwi Indonezyjczycy.
A Sumatra? Różni się mocno kulturowo od Jawy?
Sumatra to ogromna wyspa, większa od Polski. Podobnie jak Jawę, spaja ją islam sunnicki, ale kulturowo jest bardziej zróżnicowana. Mieszkają tam wyjątkowe grupy, jak choćby animiści z wysp Mentawai (to taka trochę „tańsza” alternatywa dla drogiej turystycznie Papui) czy katoliccy Batakowie znad olbrzymiego jeziora Toba.
Są miejsca, których zwiedzanie odradzasz?
Nie ma miejsc, które bym jednoznacznie odradzał, ale są takie, do których trzeba podejść z większą świadomością. Na przykład północ Sumatry, czyli Aceh — region zamieszkany przez bardzo konserwatywnych muzułmanów.
Przez lata toczyły się tam walki o niezależność i dopiero po tragicznym tsunami z 2004 roku, w którym w samej północnej Indonezji zginęło około 170 tysięcy ludzi, udało się przyspieszyć proces pokojowy i wypracować porozumienie z rządem centralnym. Dziś to jedyna prowincja w Indonezji, w której oficjalnie obowiązuje prawo szariatu.
Nie jest to może miejsce do życia dla każdego, ale zdecydowanie warto je zobaczyć choćby dla pięknych raf koralowych Morza Andamańskiego. Zresztą sama Sumatra ma mnóstwo do zaoferowania, jak chociażby Park Narodowy w Bukit Lawang, gdzie można na żywo zobaczyć orangutany. Dodatkową ciekawostką jest fakt iż orangutan to jedyne indonezyjskie słowo w światowym słowniku: orang po indonezyjsku znaczy człowiek, a hutan to las.

Mówiąc o indonezyjskich zwierzętach, nie sposób pominąć czterometrowych jaszczurek, niczym z „Parku Jurajskiego”, żyjących na wyspach Komodo i Rinca w Parku Narodowym Komodo, niedaleko wyspy Flores.
Dużo jest dziś w Indonezji ruchów dążących do niepodległości, jak kiedyś Timor Wschodni?
Aktywne dążenia niepodległościowe zgłaszali kiedyś islamiści z północy Sumatry, ale dziś ten konflikt jest już wygaszony. Obecnie takim najmocniejszym ogniskiem napięć pozostaje Papua, ponieważ działa tam OPM, czyli Organizacja Wyzwolenia Papui i co jakiś czas dochodzi do mniejszych lub większych starć z władzami. Natomiast poza tym regionem kraj jest stabilny i w pozostałych częściach Indonezji jest spokojnie.
Ile właściwie jest urzędowych języków w Indonezji?
Każdy Indonezyjczyk w szkole podstawowej uczy się obowiązkowo narodowego języka bahasa indonesia oraz języka regionalnego danej wyspy, więc potrafi władać dwoma. Sam bahasa indonesia powstał sztucznie dopiero po 1945 roku jako zbitka dawnego malajskiego, jawajskiego z elementami holenderskimi; ciągle prężnie ewoluuje w bardzo żywe „esperanto” dla tego tysiąca ludów.



W którym z tych języków komunikujesz się na co dzień?
Z dziećmi rozmawiam po polsku, z żoną po angielsku, a na ulicy używam lokalnego bahasa indonesia. Do jawajskiego, choć tu mieszkam, nie miałem nawet ambicji podchodzić. To trudny, silnie gradacyjny język (inaczej mówisz do sąsiada, a inaczej do urzędnika) wykorzystujący archaiczny alfabet bliski sanskrytowi. Widzę też, że dla moich dzieci to zdecydowanie najmniej lubiany przedmiot w szkole.
Czy można pokusić się o samodzielne zwiedzanie archipelagu, znając tylko język angielski?
W niektórych miejscach przewodnik jest obowiązkowy: bez niego nie wpuszczą turysty na teren parku narodowego czy na wulkan. Natomiast poza tym można podróżować samodzielnie i wynajmować przewodników tylko tam, gdzie są potrzebni. Nie każdego stać na przewodnika 24/7 i nie każdy lubi podróżować według sztywnego planu. Wielu ludzi porusza się spontanicznie, mają punkt A i punkt B, wiedzą, że muszą gdzieś dotrzeć w określonym czasie, ale nie chcą być ograniczeni. Z językiem angielskim można sobie spokojnie poradzić, także na innych bardziej turystycznych wyspach, takich jak wspomniana Sumatra, Lombok czy Flores.
Od napisania pana książki „Archipelagu znikających wysp” minęło ponad 10 lat. Jak od tamtej pory zmieniła się Indonezja?
Moim zdaniem, dla podróżników w wielu aspektach zmieniła się na gorsze. Postęp technologiczny walcem rozjeżdża pierwotną tkankę. Wzrosły komercja i postawa roszczeniowa wobec przyjezdnych, widoczne u lokalsów w chęci pobierania pieniędzy za każdą najmniejszą pomoc. Kiedyś zupełnie bezinteresownie przyjmowano do domostw.
Poza tym, z biegiem lat archipelag bardzo się radykalizuje pod kątem religijnym – islam spycha na bok wolność laicką. Kiedyś nienoszenie chusty dżilbab przez muzułmańskie kobiety na ulicach Dżakarty nikogo nie dziwiło, dzisiaj większość kobiet z rozpuszczonymi włosami to niemuzułmanki; bardzo rygorystycznie traktowany jest ramadan, obowiązują zakazy lub ograniczenia jedzenia w miejscach publicznych za dnia czy ograniczenia zabaw nocnych.
A jak w to wpisuje się intrygująca grupa etniczna Minangkabau ze środkowej Sumatry, o jakiej pisał pan w książce?
To fenomen, ponieważ jest to jedno z większych matriarchalnych społeczeństw na Ziemi, co radykalnie kłóci się ze stereotypowym islamem. Kobiety decydują o finansach, do nich po ślubie należą cały rodzinny dobytek i nieruchomości, a młodzi mężowie po prostu wprowadzają się do rządzonych przez nie rodzinnych klanów, bracia natomiast przejmują kuratelę nad dziećmi swoich sióstr.
Wynika to po części z tego, że pierwsi głosiciele nowej wiary idący z Malezji przymykali oko na animizm i dawne wierzenia. Z tego też powodu u mnie w Yogyakarcie uformował się religijny synkretyzm kejawen, dzięki któremu nierzadko muzułmanki po cichu modlą się również w dżungli do starszych duchów przyrody ukrytych w drzewach.
Czy w takim razie w ogóle warto zwiedzać Indonezję?
Powiem nawet więcej! Spieszcie się i łapcie za plecak wyjazdowy jak najprędzej! Ostatnie etnicznie surowe, autentyczne rejony kurczą się na naszych oczach pod naporem nowoczesności i już nie wrócą.
Na tle coraz trudniej dostępnej Birmy Indonezja pozostaje jednym z ostatnich bastionów dziewiczej kultury z dziką dżunglą, niezwykłymi społecznościami i krajobrazami, które trudno zapomnieć. A przy tym jest to miejsce zaskakująco bezpieczne turystycznie. To po prostu przygoda życia.
Ślub wziąłeś w Dżakarcie. Była to klasyczna uroczystość?
Sama ceremonia toczyła się według tradycyjnego ceremoniału Bugisów (z Sulawesi), bo stamtąd pochodzi rodzina mojej żony. Cały klan żony oraz ja byliśmy odziani w te potężne, niezwykle barwne stroje, bo taki jest tu zwyczaj poszanowania korzeni panien młodych.
Kobiety w tradycji Bugis noszą wielkie korony, złotą ciężką biżuterię i mają domalowane włosy. Ja natomiast nosiłem zestaw ubrań, który ważył chyba z dziesięć kilogramów.
A samo wesele?
Nie ma tu tańców. Po prostu zaprasza się gości setkami na konkretne przedziały godzinowe (np. od 10:00 do 14:00). Stoi się z całą rodziną na scenie, a tłumy ludzi podchodzą, składają życzenia, fotograf robi pamiątkowe zdjęcie i zaraz wchodzi następna grupa gości. Cały czas wymienia się szwedzki stół, a wszystko trwa przez cały dzień, co jest bardzo męczące. Niemniej z perspektywy czasu bardzo dobrze to wspominam. To było po prostu bardzo miłe.
Jak wygląda twoja codzienność?
Ze względu na osiemdziesięciopięcioprocentową przewagę ludności muzułmańskiej i wspólne poranne modły jeszcze przed świtem oraz niemiłosierne temperatury, które już o dziewiątej rano potrafią dać się we znaki, musiałem przestawić się na zupełnie inny rytm dnia. Wstaję o piątej, ogarniam dzieci, bo pierwsza lekcja zaczyna się u nas krótko po szóstej.

Chodzę na uliczny targ po świeże ryby i produkty do ugotowania obiadu, a potem spędzam dzień przy komputerze, pracując i aranżując wyjazdy dla niewielkich grup zwiedzających.
Główna różnica względem zachodniej rzeczywistości jest dla mnie taka, że żyję tu nieustannie z temperaturą sięgającą trzydziestu trzech stopni na zewnątrz.
Co najbardziej lubisz jeść?
Kompletnie zindonezyzowałem kubki smakowe. Jeśli do czegoś by mi było tęskno w Europie, to do ostrych dań azjatyckich, zwłaszcza tutejszej świeżej przyprawy wściekle ostrego sambalu wyrabianego w kamiennym moździerzu, np. z pastą rybną krewetkową czy wędzonym pomidorem i cebulą.
Jako „ Indonezyjczyk” uzależniony od ostrości pochłaniam go bez miary w rozmaitych odsłonach, czy to u siebie z pikantną wołowiną rendang z Sumatry, czy na Bali jako unikalny dodatek do zakazanej religijnie dla muzułmanów, pieczonej wieprzowiny z rożna babi guling.
Co najbardziej zaskakuje turystów z Polski?
Zapraszam i pokazuję te ukryte cuda małym, wymagającym grupom ludzi naprawdę ciekawym świata. Często po prostu oniemiewają, kiedy trafiają do miejsc zupełnie nieznanych, zwłaszcza na wschodzie Indonezji, w rejonach Timoru czy bliżej Papui.
Moim ostatnim odkryciem i zaskoczeniem jest na przykład Batukaras. To niewielkie miasteczko rybackie we zachodniej Jawie, oddalone zaledwie siedem godzin jazdy ode mnie. Lubię tam jeździć na odpoczynek – są świetne, długie, spokojne fale i bardzo luźny klimat. To zresztą jedno z najlepszych miejsc w Indonezji do nauki surfingu, szczególnie dla początkujących.
Ciekawostka jest taka, że upodobały je sobie dziewczyny z Europy, z Niemiec czy Holandii. Przyjeżdżają na tydzień, dwa i często wyjeżdżają już z podstawami surfowania, bo fale są na tyle łagodne, że można uczyć się na dużych deskach trochę jak na Hawajach.
Zaledwie siedem godzin?
No właśnie, w Indonezji wszystko liczy się w czasie, nie w kilometrach. Dla nas dwieście kilometrów to po prostu „kilka godzin drogi”. To chyba również pokazuje, jak płynie tu codzienność.
Piotr Śmieszek to podróżnik, przedsiębiorca i autor od lat związany z Indonezją. Urodzony w 1967 roku w Wąbrzeźnie, już jako nastolatek angażował się w działalność opozycyjną w czasach stanu wojennego. Studiował w Polsce i Niemczech, a po powrocie do kraju rozwijał własny biznes odzieżowy „Mrówka”, jedną z pierwszych polskich marek modowych okresu transformacji. Doświadczenia zdobyte podczas licznych podróży po Azji stały się początkiem jego fascynacji Indonezją i kulturą Azji Południowo-Wschodniej.

Od kilkunastu lat mieszka w Yogyakarcie na Jawie, gdzie wraz z żoną prowadzi biuro Lombok Tour & Travel, organizujące wyprawy dla Polaków ciekawych Indonezji. Jest współautorem książki „Archipelag Znikających Wysp” oraz autorem licznych tekstów o Indonezji i Azji Południowo-Wschodniej publikowanych m.in. w Think Tank ASEAN. Współtworzy także Fundację Suara Polonia Indonesia oraz Think Tank ASEAN, promujące dialog i współpracę między Polską a Azją. Więcej o jego działalności można znaleźć na stronie autorskiej www.piotrsmieszek.com.
