Paweł Mazur fotografia mobilna w podróży

Śmigłowiec TOPR przelatuje nisko nad Doliną Kościeliską. W samym środku zamieci śnieżnej jego sylwetka pojawia się na ułamek sekundy w skalnym otworze Jaskini Mylnej. Paweł wyciąga telefon i naciska migawkę. To zdjęcie później trafi na ścianę bazy ratowników w Zakopanem. Jeszcze kilka lat wcześniej jego autor był zawodowym żołnierzem. Dziś poranki zaczyna od biegu wzdłuż morza w wietnamskim Da Nang, a z telefonem w kieszeni podróżuje od Azji po północ Atlantyku. I przekonuje, że w fotografii najważniejsze nie jest to, czym robimy zdjęcie, ale jak patrzymy na świat.

Jesteś teraz w Wietnamie, jakie masz wrażenia?

Super, naprawdę mega mi się tutaj podoba. To moja pierwsza wizyta w Wietnamie. Od ponad dwóch tygodni jestem w jednym mieście. Przyleciałem do Da Nang, w centralnej części kraju. Tak mi się tu spodobało, że zostałem. Na razie nigdzie się stąd nie ruszyłem. Jeżdżę skuterem i motocyklem po okolicach i zwiedzam. Jestem zaskoczony tym, jak Wietnam wygląda. 

Miałem zupełnie inne wyobrażenie o tym kraju, kojarzył mi się z komunizmem i amerykańskimi filmami typu Rambo”. A rzeczywistość jest zupełnie inna. Samo miasto robi ogromne wrażenie. Wygląda prawie jak Miami, tylko że jest pięć razy tańsze. Mam cel, żeby pozwiedzać więcej miejsc albo nawet przejechać cały Wietnam na motocyklu. 

Ile czasu dajesz sobie zwykle na takie wypady?

Ten obecny jest dość długi. Wyjechałem z Polski w styczniu, zaraz po Sylwestrze w okolicach święta Trzech Króli. Jeździłem najpierw po Sri Lance, byłem w Tajlandii, na Filipinach. Zmierzam w kierunku takiego wolnego życia, a nie mocnego zwiedzania z ciągłym przemieszczaniem się z plecakiem. 

W Da Nang po prostu żyję. Mieszkam tu już trzy tygodnie, chodzę na siłownię, rano biegam przy plaży, a później zwiedzam miasto. Planuję zostać w Azji do maja. Potem lecę na Sokotrę, na Wyspy Owcze, a później na półtora miesiąca na Islandię. Do sierpnia dalej nie będzie mnie w Polsce, będę mieszkał gdzieś w świecie.

Paweł Mazur Widok z balkonu na tropikalną roślinność i palmy na Sri Lance, słoneczny poranek w egzotycznym kurorcie z otwartymi drzwiami
Sri Lanka [c] Paweł Mazur

Zdarzyło jej się przez pomyłkę rozgościć w cudzej willi, jeść gulasz z żółwia i wpaść w sam środek urugwajskiej „Ivanomanii”. Ale największe przygody przeżywa na co dzień między słońcem Montevideo a wichrem Wysp Owczych, gdzie uczy się, że natura zawsze ma ostatnie słowo. – przeczytaj rozmowę z Kingą Eysturland, w której tłumaczy, dlaczego Wyspy Owcze są dla twardzieli.


Jak to się stało, że zostałeś podróżnikiem, przecież przez lata służyłeś w wojsku. Co wydarzyło się po drodze?

Tak, przez 17 lat byłem żołnierzem zawodowym. Służyłem w 21. Brygadzie Strzelców Podhalańskich. Zamiłowanie do podróży nie zawsze we mnie było. Pierwsze wyjazdy to były po prostu wypady autem do Chorwacji

Przełomem była śmierć mojej mamy w 2015 roku. W takich momentach człowiek nagle rozumie, jak niewiele czasu naprawdę jest nam dane.

Wiedziałem, że po piętnastu latach służby w wojsku można odejść z minimalną emeryturą. Pomyślałem, że fajnie byłoby wtedy podróżować i korzystać z życia, więc zacząłem szukać dodatkowego źródła dochodu. Założyłem więc konto na Instagramie, a w 2018 potraktowałem to poważniej, kupiłem lepszy telefon i podczas wyjazdu do Francji z przyjacielem zacząłem robić zdjęcia. Tak zaczęła się moja przygoda z mobilną fotografią i podróżami.

W klika dni zasmakuj Paryża

Czy wytatuowane na twoim ciele hasło „One Life, Live It” ma związek z tym momentem w życiu?

Tak, to wszystko wydarzyło się mniej więcej w tym samym czasie. Wtedy też pojechałem autobusem do Bułgarii ze znajomymi. Na granicy serbskiej zobaczyłem stary, żółty, wyprawowy samochód terenowy z namiotami i kanistrami na dachu. W środku siedziało starsze małżeństwo, a przez całe drzwi auta był wielki napis: „One Life, Live It”. Bardzo zapadło mi to w pamięć. Pomyślałem: „Kurczę, to jest piękne. Też chciałbym, żeby tak kiedyś wyglądało moje życie”. To hasło spodobało mi się tak bardzo, że w końcu wytatuowałem je sobie, żeby o nim zawsze pamiętać.

Dolina Lauterbrunnen w Szwajcarii z malowniczym wodospadem, górską ścieżką i alpejską wioską w jesiennej scenerii
Widok na dolinę Lauterbrunnen z wodospadem i alpejską wioską w Szwajcarii [c] Paweł Mazur

Pracujesz głównie smartfonem. Czy twoim zdaniem można nim zrobić profesjonalne zdjęcie?

Uważam, że rozmowa o fotografii nie jest rozmową o sprzęcie. Nieważne, czy w ręku mamy lustrzankę, czy smartfon, bo to tylko narzędzia. Możesz mieć najlepsze garnki, japońskie noże i świetne składniki, ale to nie znaczy, że potrafisz gotować. Możesz też przygotować wyśmienite danie mając do dyspozycji tylko obdrapaną patelnię. Tak samo jest z fotografią. Ważniejsze są światło, kompozycja, uchwycenie momentu i świadomość wizualna niż sam sprzęt. 

W rękach świadomego fotografa dzisiejsze smartfony potrafią zrobić zdjęcia niemal nie do odróżnienia od tych z aparatu. Oczywiście w niektórych sytuacjach, jak fotografia sportowa czy śluby, profesjonalny sprzęt jest niezastąpiony, jednak w codziennej fotografii podróżniczej te różnice często znikają. Na swoim Instagramie robiłem nawet testy i ludzie nie potrafili zgadnąć, które zdjęcie jest z aparatu, a które z telefonu. 

Widok z Little Adam’s Peak na Sri Lance o wschodzie słońca, turysta siedzący na skale nad morzem mgieł i zielonymi wzgórzami
Wschód słońca nad mglistymi wzgórzami Little Adam’s Peak na Sri Lance [c] Paweł Mazur

Umiejętności, o których wspomniałeś, rozwijałeś dopiero po podróży do Francji, a może miałeś jakąś artystyczną zajawkę już wcześniej?

Nie zajmowałem się tym wcześniej, ale fotografii da się nauczyć. Rzeczą, którą na pewno miałem w sobie, była szczególna wrażliwość na piękno świata. Od zawsze zachwycały mnie wschody słońca czy pojedynczy, spadający jesienią listek.

Byłem jednym z tych ludzi, którzy potrafią wstać wcześnie rano, wziąć kawę w termos i pojechać nad jezioro, żeby zobaczyć wschód słońca. Lubiłem patrzeć, jak świat budzi się do życia. Wcześniej po prostu tego nie fotografowałem.

Poczekaj chwilę. Jak to się w takim razie stało, że zostałeś zawodowym żołnierzem? 

Trochę z przypadku, choć był to świadomy wybór. W 2007 roku obowiązywała jeszcze zasadnicza służba wojskowa z poboru. Najpierw przed nią uciekałem, idąc na studia. Kiedy zaczęto mówić, że pobór zostanie zniesiony, pomyślałem, że pójdę do wojska na rok i potraktuję to jak przygodę. W mojej rodzinie nikt wcześniej nie służył. Trafiłem do Żandarmerii Wojskowej i bardzo mi się to spodobało. Na początku w ogóle nie myślałem o emeryturze, po prostu dobrze się tam czułem.

Ta wrażliwość na piękno świata była we mnie jednak zawsze. Fotografii zacząłem się uczyć z myślą, że po przejściu na wojskową emeryturę będę mógł zarabiać w social mediach. Z wojska odszedłem dwa lata temu i dziś cieszę się życiem jako młody emeryt.

Naturalny basen przy wodospadzie na Bali w Indonezji, turysta kąpiący się wśród tropikalnej dżungli i palm Paweł Mazur
Wodospad na Bali [c] Paweł Mazur

Uczyłeś się wszystkiego sam?

Uczyłem się metodą prób i błędów. W internecie było już wtedy dużo wiedzy, czytałem też branżowe magazyny. Najważniejsze było, żeby się nie poddawać i ćwiczyć codziennie. To trochę jak z siłownią: formy nie robi się jednym długim treningiem, tylko małymi krokami dzień po dniu.

Przełom przyszedł w 2019 roku, kiedy wygrałem na Instagramie konkurs organizowany przez fotografa we współpracy z producentem smartfonów. Nagrodą był flagowy telefon. Zdjęcie zrobiłem w Rzeszowie na kładce o zachodzie słońca. Ta wygrana utwierdziła mnie, że to, co robię, ma sens.

Pamiętam, że w jednostce wielu żołnierzy patrzyło na moje działania w internecie z politowaniem, ale ja robiłem swoje. Dziś, w 2026 roku, dzięki temu uporowi mogę odcinać od tego kupony i mieszkać w Wietnamie czy na Filipinach.

Opowiedz o jednym ze swoich zdjęć, z którym wiąże się ważna dla ciebie historia

31 stycznia 2021 roku, w samym środku pandemii, pojechałem ze znajomymi w Tatry. Panowały tam wtedy bardzo ciężkie warunki, mocno sypał śnieg i szalała zamieć, więc zamiast iść w wyższe partie gór, wybraliśmy się do Doliny Kościeliskiej, a dokładniej do Jaskini Mylnej. Znajduje się w niej miejsce zwane Oknami Pawlikowskiego. To takie naturalne otwory w skale, przez które widać dolinę. Będąc w środku, usłyszałem potężny huk zbliżającego się śmigłowca.

Nie wiedziałem, skąd nadleci, ale instynktownie wyciągnąłem telefon z kieszeni, ustawiłem ostrość na ten skalny otwór i w ułamku sekundy, gdy maszyna pojawiła się w kadrze, nacisnąłem migawkę. To był śmigłowiec TOPR Sokół, który przeleciał i od razu zniknął i udało mi się go uchwycić.

sekundy-dla-zycia-zdjecie-smiglowca-topr-sokol-autorstwa-pawla-mazura-jaskinia
Sekundy dla życia [c] Paweł Mazur

Jak dowiedziałeś się, że ten przelot nie był zwykłym patrolem, a akcją ratunkową?

Będąc jeszcze w jaskini, wrzuciłem to zdjęcie na relację na Instagramie, bo akurat łapało tam zasięg. Kiedy kilka godzin później wróciliśmy do hotelu, mój telefon dosłownie płonął od powiadomień. Okazało się, że ten śmigłowiec leciał na ratunek trzem narciarzom skiturowym porwanym przez lawinę. Ze względu na gęste chmury i obfite opady śniegu piloci musieli lecieć niemal samym dnem doliny, co zresztą pozwoliło mi złapać ten niezwykły kadr. Na szczęście akcja zakończyła się sukcesem i nikomu nic się nie stało. Moje zdjęcie udostępniły liczne portale tatrzańskie, co sprawiło, że dotarło ono do jednego z ratowników biorących udział w tej akcji. Napisał do mnie z informacją, że widzieli już tysiące zdjęć swojego śmigłowca, ale nigdy takiego, które zrobiono by od wewnątrz jaskini.

To zdjęcie znane jest szerzej pod nazwą „Sekundy dla życia”?

Tak, ten tytuł ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, dla zasypanych przez lawinę i ratowników liczyła się absolutnie każda sekunda. Z drugiej strony, ja również miałem dosłownie sekundę na wykonanie tego ujęcia. Gdybym miał profesjonalny aparat schowany w plecaku, nie zdążyłbym go wyciągnąć, a tak po prostu sięgnąłem po telefon i zrobiłem zdjęcie. Postanowiłem w ramach podziękowania za heroiczną pracę ratowników podarować im tę fotografię.

Ponieważ użyłem w telefonie trybu profesjonalnego o wysokiej rozdzielczości, mogłem przygotować ogromny, świetny jakościowo wydruk Fine Art w formacie 70 na 50 centymetrów. Osobiście pojechałem do bazy TOPR w Zakopanem i wręczyłem go załodze. Do dziś wisi on na ścianie w ich bazie. Cała ta historia nabrała takiego rozgłosu, że Telewizja Polska nakręciła o niej blisko pięciominutowy reportaż. Jestem z tego zdjęcia naprawdę bardzo dumny.

pawel-mazur-wreczna-zdjecie-smiglowca-topr-sokol-ratownikom-topr
[c] Paweł Mazur

Jak robić lepsze zdjęcia smartfonem?

Zacząłbym od kompozycji. Polecam wejść w ustawienia aparatu i włączyć tzw. siatkę kadrowania, czyli linie pomocnicze. Ekran dzieli się wtedy na dziewięć pól. To nawiązanie do jednej z podstawowych zasad fotografii, która czerpie z najstarszych tradycji malarskich, czyli trójpodziału kadru. W miejscach przecięcia tych linii znajdują się tzw. mocne punkty. Właśnie tam najlepiej umieszczać główny obiekt zdjęcia. Dzięki temu ujęcie staje się bardziej dynamiczne, a kompozycja jest po prostu przyjemniejsza dla oka.

Druga rzecz to światło. Najlepsze zdjęcia powstają podczas golden hour (tzw. złotej godziny), czyli tuż po wschodzie i tuż przed zachodem słońca. Światło jest wtedy miękkie, ciepłe i potrafi zbudować atmosferę. Często do tego stopnia, że zdjęcie właściwie nie wymaga później filtrów ani intensywnej edycji. To samo miejsce w środku letniego dnia może wyglądać zupełnie zwyczajnie, a jesienią o świcie jak sceneria z baśni. Dodatkowy bonus jest taki, że o wschodzie słońca w popularnych miejscach zwykle nie ma jeszcze tłumów. 

Tradycyjna jurta w Kirgistanie w górach Tienszan o zachodzie słońca, wędrowiec na tle malowniczej doliny i gór
Jurta w górskiej dolinie Kirgistanu [c] Paweł Mazur

A czego unikać?

Opowiem o błędzie, który widzę najczęściej: nie używajcie cyfrowego zoomu, czyli nie przybliżajcie obrazu palcami na ekranie w trakcie robienia zdjęcia. Telefon w takiej sytuacji po prostu wycina fragment obrazu z matrycy i go powiększa, przez co jakość drastycznie spada. Dzisiejsze smartfony mają zwykle kilka aparatów, dlatego warto korzystać tylko z rzeczywistych ogniskowych, na przykład trybu 3× czy 5×. Jeśli telefon nie ma takiego zbliżenia optycznego, najlepiej zrobić najprostszą rzecz: podejść kilka kroków bliżej fotografowanego obiektu. To naprawdę robi ogromną różnicę.

Nocna ulica w Hoi An w Wietnamie z kolorowymi lampionami i przejeżdżającym skuterem odbijającym się w mokrej nawierzchni
Ulica w Hoi An nocą w WIetnamie [c] Paweł Mazur

Wybrałbyś się w podróż bez aparatu?

To trudne, ale bardzo chętnie bym spróbował. Urodziłem się w 1986 roku, więc dobrze pamiętam czasy sprzed ery cyfrowej, kiedy po kolegów dzwoniło się domofonem, a nie pisało na komunikatorze. Pamiętam też pierwsze wyjazdy, choćby do Bułgarii.

Wtedy przeżywaliśmy wszystko całym sobą, bez odruchowego sięgania po telefon. Fajnie byłoby czasem do tego wrócić, choćby w ramach małego eksperymentu. Trochę tego doświadczyłem na Sokotrze z powodu panujących tam warunków. To wymuszone odcięcie od internetu okazało się naprawdę fenomenalnym i odświeżającym doświadczeniem.

Masz przed sobą jakieś wielkie, niezrealizowane podróżnicze marzenie?

Wierzę, że wszystko jest do zrobienia. Marzenia to w gruncie rzeczy plany z datą realizacji, trzeba je tylko rozłożyć na mniejsze kroki i zacząć działać. Teraz najbardziej kuszą mnie kierunki mniej oczywiste, jeszcze nie do końca odkryte turystycznie. Bardzo mi chodzi po głowie Pakistan. Kocham góry, a trekking wśród takich masywów musi być niesamowity. Niedawno byłem w Kirgistanie. Są tam przepiękne góry, świetni ludzie i do tego bardzo przystępne ceny. 

Tradycyjne jurty w Kirgistanie nocą pod rozgwieżdżonym niebem z widoczną Drogą Mleczną w górskim krajobrazie Paweł mazur
Jurty w Kirgistanie pod spektakularnym nocnym niebem [c] Paweł Mazur

Mam wrażenie, że wiele osób wciąż omija byłe republiki radzieckie z obawy, zupełnie niepotrzebnie. Kazachstan czy Uzbekistan też bardzo mnie ciekawią. A z drugiej strony mocno ciągnie mnie na północ na przykład na Grenlandię, która dzięki rozbudowie lotnisk stała się dziś dużo bardziej dostępna.


Paweł Mazur @onelife_photostory – przez 17 lat żołnierz zawodowy, a dziś po zdjęciu munduru – twórca internetowy, podróżnik i mobilny fotograf, który na swoich profilach w mediach społecznościowych udowadnia, że telefonem można robić naprawdę świetne zdjęcia. Zwycięzca i finalista wielu konkursów smartfonowej fotografii. Organizator warsztatów mobilnej fotografii i foto wypraw. Entuzjasta życia, którego hasłem przewodnim jest: One life, live it!


Przeczytaj również:

Hanna Sieja-Skrzypulec

Literaturoznawczyni, copywriterka i instruktorka pisania. Autorka „Twórczego pisania na gruncie polskim”, scenariuszy filmowych oraz artykułów poświęconych kreatywności. Kocha mikropodróże, szwendanie się po miastach oraz wędrówki przez pola i lasy. Lepiej nie pytać jej o drogę.

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?