Ocean widoczny między pagórkami, puste drogi prowadzące do klifów i wieczory pod niebem pełnym gwiazd. Opowieść o tym, jak wyjazd, który miał trwać pół roku, niespodziewanie przemienił się w życie na portugalskim wybrzeżu.

Jak to jest żyć nad oceanem?

Woda ma dla mnie jakieś magiczne właściwości wyciszające. Czasami nawet nie muszę być przy samym oceanie, bo wystarczy, że idę gdzieś między pagórkami i widzę go z daleka, wypatruję tych fal gdzieś na horyzoncie, i już czuję spokój. W Algarve właściwie z każdej strony można po prostu wyjść z osiedla, skręcić w jakąś pustą drogę i po chwili być blisko natury.

Na początku byłam totalnie oszołomiona tym krajobrazem. Wszystko wydawało mi się nowe i fascynujące. Po drodze mijałam krowy i owce. Ściągnęłam nawet aplikację do rozpoznawania roślin i robiłam zdjęcia dosłownie wszystkiemu, chwastom, kwiatom, drzewom.  

Plaża Mareta w Sagres [c] Ewa Choduń

Nie czujesz, że wraz z upływem czasu Algarve zmienia się z powodu turystyki?

Ja tego tak nie odczuwam. Może dlatego, że południowo-zachodnia część Algarve, w której żyję jest dość specyficzna. Bardzo dużo terenów objętych jest ochroną przyrodniczą, są parki krajobrazowe i przez to nie wyrastają tam nagle ogromne hotele czy betonowe resorty. Turyści najczęściej skupiają się w Lagos albo jadą do Sagres zobaczyć najbardziej wysunięty kraniec Europy, ale zwykle wpadają tam tylko na chwilę, zrobią zdjęcia i jadą dalej.

I chyba właśnie dlatego wciąż można tam znaleźć miejsca kompletnie dzikie i zaskakujące. Sama po kilku latach mieszkania odkryłam niedaleko domu autentyczne ślady dinozaurów odciśnięte w skałach klifów. I najbardziej niesamowite było dla mnie to, że nikt nie zrobił z tego atrakcji turystycznej, żadnych budek, biletów, magnesów czy wielkich tablic. 

Daj się zaskoczyć

Opowiedz, jak to było z twoimi podróżami? 

Właściwie w dzieciństwie w ogóle nie podróżowałam. Wakacje spędzaliśmy ciągle w tych samych miejscach, w domach przyjaciół rodziny. Bardzo lubiłam ten czas, bo byliśmy razem, ale nawet nie wiedziałam wtedy, że mogę mieć w sobie potrzebę podróżowania.

Głód świata pojawił się później?

Zdecydowanie. Pierwszą taką prawdziwą podróż odbyłam dopiero w wieku 19 lat z moim ówczesnym chłopakiem, a dziś mężem. Pojechaliśmy do Zakopanego. Dla mnie, dziewczyny z Tczewa, z północy Polski, sama podróż była ogromnym przeżyciem, bo trwała kilkanaście godzin. A kiedy zobaczyłam góry, miałam poczucie, że trafiłam do zupełnie innego świata. Pomyślałam wtedy: „Boże, ile ja jeszcze w życiu nie widziałam”.

Pamiętasz to uczucie?

Czułam ogromną ekscytację. To mnie tak nakręciło, że zaczęłam odkładać każdy grosz ze stypendiów i prac dorywczych tylko po to, żeby móc dalej jeździć po Polsce. Prawdziwy przełom nastąpił po ślubie. Wzięliśmy z mężem cały miesiąc urlopu i pojechaliśmy do Czarnogóry. To była nasza pierwsza podróż za granicę. Objechaliśmy cały kraj i oboje poczuliśmy, że takie długie wyjazdy po prostu muszą stać się częścią naszego życia.

Czarnogóra okazała się dość droga przez hotele, ale niedługo później trafiłam na artykuł o wynajmie mieszkań od prywatnych osób. Od razu zadzwoniłam do Tomka podekscytowana, że można mieszkać za granicą przez miesiąc za naprawdę rozsądne pieniądze. I tak, kiedy nasza córeczka miała niespełna rok, a ja byłam jeszcze na macierzyńskim, wyjechaliśmy do Toskanii.

Kiedy w takim razie w waszym życiu pojawiła się Portugalia?

Marzyliśmy, żeby pomieszkać gdzieś za granicą, nie tylko wyjechać na wakacje, ale naprawdę na chwilę się zatrzymać. W każdym kraju, który odwiedzaliśmy, zastanawialiśmy się: „Czy moglibyśmy tu żyć?”. Ale długo nigdzie nie czuliśmy tego „czegoś”. Pierwszy raz taki przebłysk pojawił się w Hiszpanii, choć przy kolejnej wizycie szybko minął. Portugalia natomiast przyszła niespodziewanie. W 2019 roku trafiliśmy do południowo-zachodniego Algarve i kompletnie przepadłam. 

Co cię tam tak zachwyciło?

Trudno to nawet racjonalnie wyjaśnić. Ten luz, ocean, klify, światło, tempo życia… Wszystko wydawało się dokładnie takie, jak potrzebowałam. Spędziliśmy wtedy dwa tygodnie w Algarve, później przenieśliśmy się jeszcze na miesiąc do Nazaré, ale pod koniec wyjazdu dosłownie wymusiłam powrót na południe jeszcze na tydzień. Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Rok później, w 2020 roku, wyjechaliśmy do Portugalii na pół roku. Początkowo mieliśmy w planach zamieszkać pół roku w Lizbonie, żeby być blisko znajomych. Ale ostatecznie spędziliśmy tam tylko miesiąc. 

Lizbona to marzenie wielu osób.

Kocham to miasto, ale bardzo szybko zrozumieliśmy, że miejski styl życia jednak nie jest dla nas. Tęskniliśmy za spokojem Algarve. Kiedy tylko znalazłam ogłoszenie wynajmu mieszkania na osiedlu, które już wcześniej znaliśmy, od razu się przenieśliśmy. Najpierw miał to być miesiąc, potem zrobiło się z tego sześć miesięcy, aż w końcu zostaliśmy tam na stałe.

Tak po prostu? Jak się odnaleźliście w nowej sytuacji jako rodzina?

Z naszą starszą córką, Tosią, zaczęliśmy wyjeżdżać, kiedy miała zaledwie trzy miesiące. Byłam wtedy na urlopie macierzyńskim i pomyślałam sobie, że skoro i tak cały dzień opiekuję się małym dzieckiem, to równie dobrze mogę robić to za granicą, a nie tylko w domu. 

Z czasem te podróże stały się coraz częstsze i dłuższe. Jak pojawiła się na świecie druga córka, zaczęliśmy spędzać w różnych miejscach w Europie po kilka miesięcy w roku. Pracowaliśmy zdalnie i łączyliśmy pracę z podróżowaniem. 

W podróży do Portugalii pomógł trochę przypadek. To był czas pandemii. Nasza starsza córka była wtedy w pierwszej klasie i nagle szkoła przeszła na naukę zdalną. Pomyśleliśmy, że to jedyna taka szansa, żeby legalnie wyjechać na dłużej bez przerywania edukacji. Dzięki temu mogliśmy spędzić pierwsze pół roku w Portugalii. 

To musiał być skok na głęboką wodę, zwłaszcza bez znajomości języka.

Córki podeszły do tego dużo spokojniej niż my. Dziś obie chodzą już do portugalskiej szkoły, a sam język opanowały błyskawicznie. Starsza córka po trzech miesiącach świetnie mówiła po portugalsku, a młodsza zaczęła płynnie rozmawiać mniej więcej po pół roku.

O czym najrzadziej mówi się w historiach o „rzuceniu wszystkiego i wyjechaniu”, a co ty przeżyłaś bardzo mocno?

Każde z nas odczuwało skutki emigracji inaczej i w innym czasie. Ja przez pierwsze dwa lata byłam zachwycona i miałam poczucie, że żyję swoim marzeniem, podczas gdy mąż szybciej zaczął tęsknić za poczuciem „bycia u siebie”.

Najbardziej poruszające były chyba reakcje dzieci. Nasza młodsza córka po dwóch latach zapytała, kiedy w końcu wracamy z tych wakacji i dopiero wtedy do niej dotarło, że ta zmiana nie jest tylko na chwilę. Okazało się, że najbardziej brakuje jej własnych pluszaków i gier, więc sprowadziliśmy z kraju całe pudła jej rzeczy, żeby poczuła, że tutaj też ma swój dom.

Ostatnie chwile w polskim domu [c] Ewa Choduń

Trwało to dość długo, ale z czasem udało nam się stworzyć w Portugalii własną małą społeczność. Bliscy regularnie nas odwiedzają, mamy też polskich przyjaciół, którzy przeprowadzili się w nasze okolice. Dzięki temu po tych różnych okresach dziś naprawdę czujemy, że jesteśmy u siebie.

To, co wciąż jest bardzo trudne, to pożegnania. Za każdym razem żegnając się z bliskimi czuję ścisk w sercu i zastanawiam się ile takich spotkań jeszcze nas czeka. Dlatego każdą wizytę wykorzystujemy maksymalnie. 

Czego nauczyło cię życie w Algarve?

Portugalia nauczyła mnie cierpliwości, bo wiele rzeczy działa tu zupełnie inaczej niż w Polsce. Założenie zwykłego konta w banku potrafi zająć kilka dni, wymaga osobistych wizyt, stosów papierów i niekończących się podpisów. Po czasie przestajesz się jednak frustrować i zaczynasz akceptować, że nie wszystko musi dziać się natychmiast.

Myślę, że właśnie dzięki temu bardzo zwolniłam wewnętrznie. Algarve ma w sobie coś kojącego: ocean, światło, naturę i ludzi, którzy żyją  spokojniej. W Polsce byłam dużo bardziej zadaniowa i ciągle gdzieś pędziłam. Tutaj nauczyłam się, że czasem można po prostu usiąść, wyjść na spacer i odpuścić potrzebę kontrolowania wszystkiego.

W Portugalii przestałam też czuć presję dotyczącą wyglądu. Przestałam się malować, pozbyłam się z szafy niewygodnych ubrań i królują w niej dresy. Tutaj nikt nie goni za modą czy trendami. Podoba mi się to. A to, co chyba najbardziej mi się podoba, to zmiana trybu życia na bardziej aktywny. 300 dni słońca w roku i natura wokół sprawia, że chce się żyć na zewnątrz i być aktywnym. 

Klify, z których słynie region Algarve [c] Ewa Choduń

I ten portugalski luz cię nie irytował?

Właśnie nie. Czułam, że taki rytm życia jest mi bliższy. Poczułam, że można żyć spokojniej i nikt nie traktuje tego jak wady. Najbardziej widać to w codziennych sytuacjach. W portugalskim szpitalu możesz co prawda spędzić wiele godzin na czekaniu, ale kiedy już trafiasz do lekarza, masz poczucie, że naprawdę poświęca ci uwagę i nigdzie się nie spieszy.

Podobnie jest wszędzie indziej: w sklepach, urzędach czy na drogach. Ludzie mają dla siebie więcej cierpliwości i uprzejmości. Po kilku latach tam zauważyłam, że sama przestałam żyć w ciągłym napięciu, a nawet odzyskałam przyjemność z prowadzenia samochodu, bo nikt nikogo nie pogania i nie traktuje drogi jak wyścigu.

Twój przewodnik po Algarve powstawał dość długo. To również przez to portugalskie „slow life”?

Bardziej przez mój perfekcjonizm. O napisaniu książki marzyłam od dzieciństwa, ale bardzo długo paraliżował mnie strach, że nie będę wystarczająco dobra. Mam też tendencję do ciągłego poprawiania i analizowania wszystkiego, więc trudno było mi w końcu powiedzieć sobie: „dobra, to jest gotowe”. Dopiero kiedy przełamałam ten moment, poczułam ogromną ulgę i teraz wręcz rozpędziłam się z kolejnymi pomysłami, myśląc już o wydaniu międzynarodowym. 

Dla kogo go napisałaś?

Sama książka powstała z myślą zarówno o osobach, które pierwszy raz jadą do Portugalii i łatwo mogą ominąć jej najpiękniejsze miejsca, ale i o tych, którzy byli już tutaj kilkukrotnie i chcą poznać ten region jeszcze lepiej. Chciałam pokazać Algarve bardziej autentyczne, pełne ukrytych plaż, malutkich wiosek, dzikiej natury i miejsc, o których często nie wiedzą nawet sami mieszkańcy.

[c] Ewa Choduń

Co jeszcze można w nim znaleźć?

Chyba moim największym odkryciem po latach mieszkania i eksplorowania Algarve była Rota Vicentina, a szczególnie Szlak Rybacki biegnący wzdłuż klifów oceanu. To przepiękna trasa ciągnąca się przez setki kilometrów dzikiego wybrzeża. W książce rozpisałam jej fragmenty zaczynające się jeszcze niedaleko Lagos i podzieliłam je na krótsze, dużo bardziej przystępne odcinki. Chciałam pokazać, że te miejsca są dostępne nie tylko dla zaprawionych trekkingowców, ale też dla rodzin z dziećmi czy osób, które po prostu chcą spokojnie pospacerować i chłonąć krajobraz bez wyczerpującego wysiłku.

Najbardziej zaskoczyło mnie chyba to, ilu ludzi z różnych części Europy przyjeżdża tam specjalnie dla tych tras, podczas gdy sami Portugalczycy często traktują je zupełnie zwyczajnie, jak coś oczywistego. A dla mnie to wciąż jedne z najpiękniejszych widoków, jakie widziałam w życiu.

Idealny dzień w Algarve od wschodu do zachodu słońca. Pojawiam się rano i oddaję się w twoje ręce. Gdzie mnie zabierasz?

To strasznie trudne, bo musiałabym wykreślić połowę ukochanych miejsc (śmiech). Ale zaczęłabym od poranka w Sagres, najlepiej od śniadania i kawy w Picnic, kiedy wszystko dopiero budzi się do życia i czuć ten chłodny, świeży oceaniczny wiatr. Potem spacer w stronę klifów od plaży Martinhal do plaży Barranco albo spokojną drogą prowadzącą od portu do plaży Mareta. Tam najlepiej po prostu iść bez pośpiechu i patrzeć na ocean. Po południu obowiązkowo rejs łodzią wzdłuż wybrzeża dla klifów, fal i delfinów, które naprawdę bardzo często pojawiają się tuż obok łodzi. Raz podczas takiego rejsu trafiliśmy na całe stado czarnych, majestatycznych orek. Do dziś mam ciarki, kiedy o tym myślę.Na lunch poszłybyśmy do Three Little Birds, a potem na lody do Alice.

Wieczorem zabrałabym cię jeszcze pod latarnię na Cabo de São Vicente, najbardziej wysunięty na zachód punkt tej części Europy. Jest tam mała budka ze słynnym niemieckim bratwurstem, który urósł już niemal do lokalnej legendy wśród turystów, ponieważ od lat reklamuje się zabawnym sloganem: „ostatnia kiełbaska przed Ameryką”.

A na zachód słońca pojechalibyśmy na dziką plażę Cordoama. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek naprawdę czuje potęgę natury, ciemne klify, zimny piasek, wiatr i kompletny brak świateł miasta. Dzięki temu po zmroku widać tam nieprawdopodobne niebo, pełne gwiazd i Drogę Mleczną rozciągającą się nad oceanem.


[c] Ewa Choduń

Ewa Choduń – z wykształcenia programistka, z pasji blogerka (czarnaewcia.pl), fotografka i autorka książki „Zanurz się w Algarve” (https://czarnaewcia.pl/zanurz-sie-w-algarve). Od 6 lat żyje z mężem i dwiema córkami w Portugalii. Na Instagramie (@czarnaewcia) pokazuje piękno Algarve oraz opowiada o życiu nad oceanem, emigracji i portugalskiej edukacji. Kocha książki, spacery, naturę, gry planszowe i wygodne ubrania 😉



Przeczytaj również:

Hanna Sieja-Skrzypulec

Literaturoznawczyni, copywriterka i instruktorka pisania. Autorka „Twórczego pisania na gruncie polskim”, scenariuszy filmowych oraz artykułów poświęconych kreatywności. Kocha mikropodróże, szwendanie się po miastach oraz wędrówki przez pola i lasy. Lepiej nie pytać jej o drogę.

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?