karolina szymańska our litte adventures włochy

Karolina nie wierzy w rodzicielstwo bez potknięć, zmęczenia i chwil zwątpienia. Wierzy za to w naturę, rodzinne rytuały, małe przygody i ludzi, z którymi można zbudować własną „wioskę”. Współautorka Our Little Adventures opowiada, jak nie zgubić się w cudzych oczekiwaniach i wychować dzieci, które potrafią ufać sobie, swoim emocjom i światu. 

Jak to się stało, że podróżowanie stało się dla was tak ważną częścią życia?

Odpowiedź jest prosta. Każde dziecko ma naturalną potrzebę odkrywania. Chce poznawać świat i doświadczać go wszystkimi zmysłami. Tę ciekawość można jedynie z czasem stłamsić.  

U mnie zaczęło się od wujka księdza, z którym od małego jeździłam po Europie. Pielgrzymki były moimi pierwszymi podróżami i dzięki nim zobaczyłam Włochy, Izrael, Portugalię czy Austrię. Potem przyszło harcerstwo i życie na dworze. Wtedy nikt nie mówił „outdoor”, po prostu spędzało się czas na zewnątrz. Stąd też moje „chodźmy na dwór”, bo tak kiedyś zapraszało się kolegów do wyjścia z domu. To było czymś naturalnym i nikt się temu nie dziwił.

Mąż miał podobne doświadczenia?

Tak, jego mama organizowała różne wyprawy po Polsce i Europie. Kiedy spotkaliśmy się jako dorośli, dla nas oczywiste było bycie na zewnątrz. To, że wykorzystujesz każdą wolną chwilę na to, żeby pobyć na zewnątrz, pojeździć na rowerze czy połazić po górach. Gdy pojawiły się dzieci, naturalnym krokiem było zaproszenie ich do naszego outdoorowego świata. Zastanawialiśmy się tylko, jak to zrobić, bo otoczenie mówiło nam, że to nie będzie możliwe i że zamkniemy się w domu na najgorszy okres. A my powiedzieliśmy sobie: „Pokażemy wam, że jest inaczej”.

Co pomogło wam uwierzyć, że pojawienie się dzieci nie musi oznaczać rezygnacji z dotychczasowego życia? 

Zaczęliśmy słuchać podcastów o spędzaniu czasu na zewnątrz z dziećmi i czytać o przygodach za granicą. Pamiętam amerykańską książkę „Nie ma złej pogody na spacer” Lindy McGurk. My już wtedy byliśmy mocno „outdoorowi”, po podróży do Chile z półroczną Mańką oraz po Islandii, gdzie spaliśmy pod namiotem, gdy córka miała jedenaście miesięcy.

Polesie 2025 [c] Karolina Szymańska Our Little Adventures

Czytając tę książkę, pomyślałam, że ktoś świetnie opisał to, w co sami wierzymy – czytałam o doświadczeniach, które wydawały mi się zupełnie normalne. Dopiero potem ludzie zaczęli nam zadawać pytania w social mediach, jak to robimy, że nie boimy się iść w góry z małym dzieckiem albo na spacer w deszczu.

Dziwiłaś się tym pytaniom?

Na początku –  bardzo wydawały mi się absurdalne – tak jakby ktoś pytał, jak się myje naczynia albo zęby. Jak zaczęłam czytać badania naukowe na temat wpływu natury i ruchu na nasz dobrostan psychiczny i fizyczny, stwierdziłam, że nasze społeczeństwo zachodnie rozsiadło się w komforcie. Staliśmy się nadwrażliwi na każdy mały dyskomfort i odcięliśmy się od natury oraz pór roku.

My, czyli pokolenie wychowane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, byliśmy ciągle na dworze i nie mieliśmy takiego dostępu do ekranów. Narzędzia wirtualne to potężna sprawa i musimy nauczyć się nimi nawigować. Zapomnieliśmy, co powinniśmy robić dla zdrowia psychicznego i fizycznego, a wystarczą trzy dni urlopu czy dwie godziny w lesie bez telefonu, żeby poczuć, że coś w naszym pędzie jest nie tak. Co więcej, zaczęliśmy z łatwością wchodzić w nie nasze oczekiwania i w nie nasze projekty. 

Czy definicja tego, co jest przygodą, uległa u ciebie zmianie po tym, jak zostałaś mamą?

Cały czas traktujemy życie jako jedną wielką przygodę. Przestałam wierzyć w bujdę, że jedyną prawdziwą przygodą jest wejście na Kilimandżaro lub Everest. Dla mojego dwulatka wejście na górę Wielką Sowę czy Turbacz to dopiero ogromna wyprawa i wielka rzecz.

Podróże i przeżywanie świata zmieniły się u nas o tyle, że wcześniej bardzo dużo chcieliśmy zrobić naraz. Kiedy gdzieś jechaliśmy, wyjazd musiał być wypchany po brzegi aktywnościami. Chcieliśmy najeść się na zapas.

Gorce_2026_OurLittleAdventures
Gorce 2026 [c] Karolina Szymańska Our Little Adventures

Jak pojawiły się dzieci, na początku próbowaliśmy robić dokładnie to samo. Pamiętam naszą wielką wyprawę do Chile. Wypchaliśmy kalendarz tyloma atrakcjami, że po kilku dniach stwierdziliśmy, że to jest totalnie bez sensu. Nie spędzaliśmy jakościowego czasu razem i nie słyszeliśmy własnych potrzeb.

Odkąd zostałam mamą, zmienił się mój układ nerwowy; teraz dużo bardziej cenię bycie tu i teraz. Nadal mamy marzenia, które konsekwentnie realizujemy, ale robimy to trochę wolniej. Zyskaliśmy nową perspektywę: jeśli nie zobaczymy podczas wyjazdu wszystkiego z naszej listy marzeń, to świat się nie skończy.

Kolumbia 2019_Karolina Szymańska_OurLittleAdventures.
Kolumbia 2019 [c] Karolina Szymańska Our Little Adventures

Są kultury, w których kobieta po porodzie otrzymuje nowe imię. Rodzisz się jako matka i na nowo łączysz się z naturą.

Gdy wychodzisz w góry czy do lasu, natura przyjmuje cię bez zbędnych pytań i ocen. To rewelacyjna, bezpłatna autoterapia, z której nie potrzebujemy recept medycznych i trenerów personalnych. Dlatego też napisałam swoją książkę “ChodźMY na dwór! Jak natura uratowała moje macierzyństwo” wyd. Mamania 2026. Chciałabym, żebyśmy, my rodzice, my matki, przypomnieli sobie, że dbanie o siebie, o swój dobrostan, nawet mieszkając w wielkim mieście i mając milion obowiązków, jest dostępne dla każdego. Obrazy macierzyństwa w internecie bywają krzywdzące: jedne są do granic przesłodzone, drugie traktują dzieci jak obciążenie i zamach na naszą wolność czy godność osobistą. I tak sobie myślę, jak bardzo krzywdzimy się jednym i drugim.

A jak te małe przygody budują w dzieciach samodzielność i odporność? 

Odporność psychiczna i życiowa nie buduje się w całkowitym byciu zaopiekowanym. Jeśli zamykamy dzieci w bańce bezpieczeństwa i ułatwiamy im wszystko, to nie uczą się, jak mają postępować, bo rodzic zawsze jest obok i łapie je nad ziemią. Przysłowiowe siniaki i zadrapania od wspinania się po drzewach czy pamiątki po poparzeniu przez pokrzywy uczą dzieciaka, że na drobnym upadku świat się nie kończy.

Życie to również dyskomforty. To małe przygody z dziećmi, związane z nauką nowych rzeczy i byciem razem, przypomniały mi, jak być znowu odkrywcą w naszym mieście. 

Jak to w takim razie jest z tą odpowiedzialnością w rodzicielstwie? 

Jako rodzice narzucamy sobie gigantyczną presję napędzaną często z zewnątrz. Wydaje nam się, że musimy absolutnie wszystko  kontrolować. Ludzie często rezygnują ze wspólnych aktywności, kajaków czy roweru z lęku przed odrzuceniem, bo z tyłu głowy pojawia się pytanie: „co powiedzą inni i czy ocenią, że jestem nieodpowiedzialną matką?”. Po drugie, unikamy dorosłej i pełnej odpowiedzialności. Ale może też tak być, że coś się wydarzy takiego, co w ogóle wywróci mój świat do góry nogami.

Doświadczyłaś czegoś podobnego?

Tak. Nasza najstarsza córka po zwykłym omsknięciu nogi na belkach zawieszonych około 50 centymetrów nad ziemią wylądowała na miesiąc w szpitalu z zagrożeniem życia. Pękła jej nerka i śledziona.

Dziś, po siedmiu latach, jestem w stanie o tym opowiadać, ale wtedy nasz świat po prostu się zatrzymał. Byliśmy wcześniej na placach zabaw setki razy. Mania robiła to samo co setki innych dzieci: balansowała, ćwiczyła, wspinała się. I akurat jej się to przydarzyło. Tak samo jak w domu dziecko może rozciąć głowę, trzeba jechać na szycie i leje się krew. Takie rzeczy będą się wydarzać. Czym innym jest jednak zaakceptowanie tego, a czym innym praca nad własnym lękiem.

To musi być bardzo bolesne wspomnienie.

Sama poszłam na terapię, żeby zdjąć z siebie poczucie winy, że stało się to pod moją opieką. Widziałam dokładnie, jak Mania spada, ale nie wyglądało to groźnie. Na szczęście zaufałam intuicji i pojechałam z nią do szpitala. Lekarze powiedzieli później, że gdybyśmy nie przyjechali, nie przeżyłaby nocy, bo wykrwawiłaby się wewnętrznie. Nie było żadnych siniaków ani zadrapań, po których można było to poznać.

Jak po takim doświadczeniu odbudowuje się zaufanie do siebie i świata? 

Takie rzeczy mogą się wydarzyć. I zawsze zadaję sobie wtedy pytanie: do czego doprowadziłoby to, gdybym przez całe życie bała się o swoje dzieci i ograniczała je w naturalnym rozwoju, poznawaniu świata i stawaniu się oddzielnymi, autonomicznymi ludźmi, odpowiedzialnymi za siebie?

Musimy zmierzyć się też ze świadomością, że nierzadko chowamy za uśmiechem przed innymi trudy. Ukrywamy przed światem swoje potknięcia na domowej czy biznesowej scenie. Pokazujemy ludziom kolorową tęczę w social mediach, mimo że od zaplecza borykamy się z różnymi wyzwaniami. Świat jest jednak dużo bardziej złożony. I to właśnie natura może przyjść nam tu z pomocą. Regularne przebywanie w przyrodzie, dbanie o – jak ja to sobie nazwałam – higienę outdoorową, dają nam ogromny dystans, działając na zasadzie takiego wentylu bezpieczeństwa. Pomaga pojąć, że w makroświecie moje dramaty to tylko mały okruszek.

To jednak projekt na całe życie.

Uwierzyliśmy we współczesnym tempie, że wszystko samo do nas w magiczny sposób przyjdzie. A mądre, odpowiedzialne życie wymaga na co dzień zaangażowania, codziennej pracy nad nawykami i czasem ciężkiej tyrki. Nasze wielkie plany stają się po prostu splotem banalnych, małych decyzji podejmowanych na poszczególnych szczeblach dnia, nawet jeśli wymaga to tylko kwadransa uwagi.

Owszem, czasami niekończące się problemy brzuszkowe maluszka czy nasza choroba sprawią, że zostaniemy w łóżku i to też jest okej. Ale po to mamy wszystkie inne nasze dni, kiedy jest dobrze, żeby napełniać się tym, co nam daje ta natura i poszerzać tę swoją strefę komfortu i zyskiwać tę pojemność na wszelkie właśnie niedogodności, na radzenie sobie z tym. No bo rezyliencję, odporność psychiczną, nie tworzy się w złych warunkach, kiedy jest naprawdę źle i kiedy spadają na nas bomby, siedzimy w okopie i tylko czekamy, żeby przeżyć. My ją tworzymy wtedy, kiedy jest dobrze. 

Potrafimy jeszcze wracać do równowagi?

Widzę po naszych dzieciach, że kiedy bodźców jest za dużo, one same szukają odpoczynku i próbują się wyregulować. Kładą się na ziemi, patrzą w niebo i przez 15 minut nic nie robią. Albo siadają pod drzewem i obserwują zmieniające się wzory liści. Ja wiem z książek, że to uspokaja, ale one nie potrzebują żadnej książki. Intuicyjnie czują, czego im potrzeba.

Dlatego kiedy dziecko leży na ziemi, nawet jeśli jeszcze płacze, pozwólmy mu się wyregulować. Ono często dobrze wie, co jest dla niego najlepsze.

Jak przygotowujecie się do podróży z dziećmi?

Trzy wskazówki. Przede wszystkim warto włączyć dziecko w przygotowania do podróży i wspólnie zastanowić się, co chcemy robić jako rodzina. Ja, poza naturą, kocham zwiedzać muzea, galerie czy oglądać pięknie zaprojektowane rzeczy. Ważne jest dla mnie, żeby zobaczyć dobrą architekturę, spróbować lokalnego jedzenia czy stanąć przed obrazem, o którym marzyłam całe życie.

Wiem, że dla trzylatka czy pięciolatka wizyta w Kaplicy Sykstyńskiej nie będzie wymarzoną ekspedycją, bo w tym czasie wolałby siedzieć na plaży, budować domki z piasku i chlapać się w wodzie. Przedstawiamy mu więc taki pomysł jako wielką przygodę i coś, co możemy przeżyć razem. Pokazuję też, że ja, mama, jestem ważna sama dla siebie i moje potrzeby również się liczą.

Mamy z dziećmi dużo map obrazkowych wydawnictwa Dwie Siostry. Każdą podróż do nowego kraju zaczynamy od otwarcia takiej mapy. Sprawdzamy, jakie są tam ciekawostki, zwierzęta, obrazy, sławni malarze i poeci oraz co można zjeść. W ten sposób budujemy ciekawość i zaczynamy opowiadać sobie historię tej podróży.

To bardzo pomaga później w podróży. Dzieci nie narzekają, kiedy robimy coś dla mamy czy taty, bo wiedzą, że zaraz przyjdzie czas na coś dla nich albo na coś wspólnego.

Java-2022_Karolina-Szymanska_OurLittleAdventures.
Jawa 2022 [c] Karolina Szymańska Our Little Adventures

Trzeba też pozwolić sobie na to, że nie odhaczymy wszystkiego. Czasem lody zjedzone na plastikowych krzesełkach przy ruchliwej ulicy, bo właśnie o nich marzyły dzieci, okażą się ważniejsze niż pędzenie na zachód słońca tylko po to, żeby zrobić zdjęcie podobne do tego z Instagrama. Ładny obrazek szybko znika, a zostaje całe przeżycie i wspomnienie nas jako rodziny, która się kocha i chce być razem.

Druga rzecz to dobre ubezpieczenie. Ono naprawdę zdejmuje z głowy wiele lęków, bo wiemy, że zawsze mamy jakiś backup, człowieka po drugiej stronie telefonu i możliwość konsultacji. Gdyby nie ubezpieczenie, wydalibyśmy tysiące złotych na wizyty na SOR-ze, nieprzewidziane operacje i różne dziwne sytuacje, które zdarzały nam się w podróży.

Podobnie jest ze szczepieniami wymaganymi w kraju, do którego jedziemy. Warto przygotować się z głową: pójść do lekarza medycyny podróży albo specjalisty chorób tropikalnych i zapytać, czy jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć, zwłaszcza gdy jedziemy z dziećmi w określonym wieku.

Dojrzałość i odpowiedzialność polegają też na tym, że przewidujemy rzeczy, które mogą się wydarzyć, choć wcale nie muszą. Zabezpieczamy się najlepiej, jak potrafimy, i dzięki temu mamy poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy.

Tajlandia-2022_Karolina-Szymanska_OurLittleAdventures.pl_.jpg_
Tajlandia 2022 [c] Karolina Szymańska Our Little Adventures

A trzecia? 

U nas bardzo sprawdzają się rytuały, które mamy na co dzień i dzięki którym dzieci czują się bezpiecznie. Od około dziesięciu lat co sobotę jemy naleśniki. Nieważne, gdzie jesteśmy: w kampervanie na Sardynii, w Tajlandii czy na Islandii. Jeśli trzeba, smażę je w czterdziestostopniowym upale albo prosimy o nie w hotelu. Dzieci wiedzą, że naleśniki po prostu muszą być. To daje im poczucie bezpieczeństwa i taką kotwicę z domem. Coś naszego, rodzinnego, wokół czego możemy potem budować nowe doświadczenia. Jasio podpowiada, że chyba tylko dwa razy nie udało się ich zrobić w sobotę, więc były w niedzielę.

Podobnie jest z kołysankami przed snem. Śpiewam dzieciom od urodzenia i do dziś każdemu z osobna śpiewam wieczorem jedną czy dwie. Wiem, że zajmuje to czas, ale dla mnie to magiczny moment. Nie chcę jeszcze myśleć o chwili, kiedy będą za duże, żeby tego potrzebować. To działa też na poziomie układu nerwowego: wszystko jest w porządku, mama jest obok, tu jest bezpiecznie.

Właśnie w takich chwilach buduje się przestrzeń na głębszą relację. Kiedy leżymy razem w łóżku albo idziemy za rękę na spacerze, dystans się skraca i dużo łatwiej jest powiedzieć to, co naprawdę ważne.


Tajlandia-2022_Karolina-Szymanska_OurLittleAdventures.pl

Karolina Szymańska – autorka książki „ChodźMY na dwór! Jak natura uratowała moje macierzyństwo”, wyd. Mamania 2026, współtwórczyni OurLittleAdventures.pl – platformy dla outdoorowych rodziców i podcastu Dobranocka dla rodziców, zakochana w naturze i ruchu mama trójki dzieci. Pisze o podróżowaniu całą rodziną, aktywnym życiu z dziećmi w outdoorze oraz wspólnym budowaniu wspomnień. Inicjatorka kampanii outdoorowej „CHODŹ NA DWÓR”! Absolwentka Ekopsychologii, ekoterpii i zmiany społecznej na Uniwersytecie SWPS.



Przeczytaj również:

FAQ

Hanna Sieja-Skrzypulec

Literaturoznawczyni, copywriterka i instruktorka pisania. Autorka „Twórczego pisania na gruncie polskim”, scenariuszy filmowych oraz artykułów poświęconych kreatywności. Kocha mikropodróże, szwendanie się po miastach oraz wędrówki przez pola i lasy. Lepiej nie pytać jej o drogę.

Instagram

Szukasz konkretnego miejsca?