PawAway.com to platforma, która ma uporządkować rynek petsittingu i dać opiekunom psów przede wszystkim spokój. O tym, jak z osobistej potrzeby narodził się pomysł na biznes, dlaczego profesjonalna opieka nad psem to coś więcej niż „przysługa” oraz co sprawiło, że w projekt zaangażował się także Krzysztof Ibisz, rozmawiamy z założycielami i ambasadorami PawAway.
Jakie konkretne doświadczenia sprawiły, że pomyśleliście: takiego rozwiązania brakuje w Polsce?
Zofia Zborowska-Wrona: U nas to nie było jedno olśnienie, tylko lata tych samych telefonów przed każdym wyjazdem. Mamy z Andrzejem dwa psy, Krysię i Kazika, i za każdym razem wracało to samo pytanie: kto? Rodzina, znajomi, ktoś z polecenia z grupy na Facebooku. Raz zostawiliśmy psy u zaufanej osoby i przekopały się pod płotem: poszły sobie w miasto. Skończyło się dobrze, ale ja do dziś pamiętam ten telefon. I to naprawdę nie była wina tej osoby: nikt jej nie powiedział, jak nasze psy potrafią kombinować, nie było umowy, nie było ubezpieczenia, nie było nikogo, do kogo można zadzwonić o dwudziestej drugiej. Kiedy planujesz wyjazd, masz bilet, hotel, ubezpieczenie – wszystko poukładane w jednym miejscu. A najważniejszego członka rodziny załatwiasz esemesami. To był ten moment, w którym pomyśleliśmy, że to musi wyglądać inaczej.
Kiedy zaczynaliście budować PawAway.com, co najbardziej zaskoczyło was w tym, jak wyglądał wtedy rynek opieki nad psami? Czego brakowało?
Zofia Zborowska-Wrona: Zaskoczyło nas, że potrzeba jest ogromna, a rynku właściwie nie ma. Ponad połowa Polaków ma psa, świetnych i doświadczonych opiekunów też nie brakuje, tylko że jedni i drudzy szukali się nawzajem w komentarzach pod postami. Wszystko opierało się na zaufaniu na słowo: bez weryfikacji, bez ubezpieczenia, bez standardu i bez wsparcia, kiedy coś pójdzie nie tak. Z perspektywy opiekuna psa brakowało trzech rzeczy. Pewności, że człowiek po drugiej stronie został sprawdzony. Kontaktu w trakcie: zdjęć, wiadomości, poczucia, że wiesz, co się dzieje. I kogoś, kto odbierze telefon, kiedy pies zachoruje, a ty jesteś dwa tysiące kilometrów dalej. Pamiętam swoją pierwszą opiekę w PawAway.com, u Natalii: dostawałam tyle zdjęć i filmików, że nie nadążałam odpisywać. I dopiero wtedy do mnie dotarło, o co w tym wszystkim chodzi. To nie jest usługa dla psa. To jest usługa dla spokojnej głowy jego człowieka.
Hotele dla psów, pomoc rodziny czy ogłoszenia petsitterów istniały już wcześniej. Co waszym zdaniem trzeba było zrobić inaczej, żeby psi rodzic naprawdę mógł potraktować petsitting jako bezpieczną alternatywę?
Andrzej Wrona: Trzeba było zamienić przysługę w usługę. Kiedy ktoś robi ci przysługę, nie masz prawa niczego wymagać – ani raportu, ani telefonu, ani tego, żeby pies wyszedł trzy razy dziennie. A my chcieliśmy, żeby rodzina psa mogła wymagać. Dlatego zbudowaliśmy to tak, jak buduje się każdą poważną usługę: petsitterzy przechodzą weryfikację i rozmowę, każda opieka jest objęta ubezpieczeniem OC i NNW, jest regulamin, jest historia ocen i opinii, jest całodobowa infolinia oraz wsparcie behawiorystów i weterynarzy. Ja całe życie funkcjonuję w sporcie, gdzie nic nie opiera się na „jakoś to będzie”. Są procedury, jest sztab, jest dyscyplina i osoba odpowiedzialna za każdy element. Właśnie dlatego można spokojnie wyjść na parkiet. Tego w polskim petsittingu nie było i to trzeba było zrobić inaczej.
Podróżuj! Twój psiak też się ucieszy
Co było najtrudniejsze w przełożeniu waszego własnego standardu opieki nad ukochanym psem na usługę, która ma działać dla tysięcy różnych psów i ich opiekunów?
Andrzej Wrona: Pogodzenie skali z tym, że każdy pies jest inny. Nasza Krysia i nasz Kazik mają swoje rytuały, swoje lęki i każdy pies takie ma. Regulamin napisać łatwo. Trudniej zbudować coś, co ma twardy standard, a jednocześnie zostawia miejsce na to, że ten konkretny pies je o siódmej, boi się burzy i nie wejdzie na klatkę schodową bez zachęty. Rozwiązaliśmy to dopasowaniem: szczegółowy profil psa, rozmowa i spotkanie zapoznawcze przed opieką, opiekun dobierany pod konkretne potrzeby, a nie pierwszy wolny z brzegu. Druga trudna rzecz to sami petsitterzy. Nie chcieliśmy ich traktować jak zasób do zapełnienia kalendarza, tylko jak partnerów, bo to od nich zależy wszystko. Dlatego pracujemy nad jakością, a nie nad tym, żeby było ich jak najwięcej. Wolimy powiedzieć komuś, że w danym terminie nie mamy dobrego dopasowania, niż podstawić kogokolwiek.
Jeszcze kilka lat temu, gdy opiekun psa wyjeżdżał, naturalnym rozwiązaniem była rodzina, znajomi albo hotel dla zwierząt. W jaki sposób dziś zmieniły się oczekiwania wobec opieki nad psem?
Krzysztof Ibisz: Zmieniło się przede wszystkim to, kim dla nas jest pies. Ja nie używam słowa „właściciel”, mówię „rodzic” albo “tata”, bo pies to członek rodziny, ktoś nam bardzo bliski. Ostatnie lata pokazały, że traktowanie zwierząt z szacunkiem i miłością jest czymś absolutnie naturalnym. A skoro tak, to nikt już nie szuka przechowalni. Ludzie oczekują dziś dokładnie tego, czego oczekiwaliby, zostawiając pod opieką kogoś bliskiego: żeby ta osoba była sprawdzona, żeby pies został w warunkach domowych, a nie w boksie, i żeby zachowane zostały jego rytuały – poranny spacer, wieczorny spacer, jedzenie o tej samej porze. I żeby był kontakt. Zdjęcie, filmik, jedno zdanie: wszystko dobrze. To wbrew pozorom nie jest fanaberia. To jest różnica między wakacjami a myśleniem przez cały tydzień o tym, co się dzieje z psem w domu.
Jaką rolę podróże odgrywają w Twoim życiu i czy pojawienie się psa zmieniło sposób, w jaki je planujesz?
Krzysztof Ibisz: Podróże to dla mnie oddech. Zawodowo jestem w ciągłym ruchu, więc wyjazd z rodziną to coś, na co naprawdę czekam. Ale Nicpoń wszystko przemeblował. Mój pies waży trzydzieści kilogramów, więc do samolotu go po prostu nie zabiorę. To oznacza, że przy każdym wyjeździe pierwsze pytanie nie brzmi „dokąd?”, tylko „co z Nicponiem?”. Kiedyś była to gimnastyka: mama jest seniorką, jeden syn studiuje we Wrocławiu, drugi ma w Warszawie swoje sprawy. Zawsze się jakoś udawało, ale zawsze kosztowało nerwy. Pamiętam wyjazd, przy którym przez kilka dni nie miałem kontaktu z osobą opiekującą się psem. Wszystko było w porządku, ona po prostu miała ogromny natłok obowiązków, ale ja wychodziłem z siebie. Byłem za granicą i zamiast cieszyć się wakacjami, myślałem wyłącznie o tym psie. Dziś planuję odwrotnie: najpierw wiem, kto zostaje z Nicponiem, a dopiero potem kupuję bilet. I to jest cała różnica.
Co sprawiło, że jako opiekun Nicponia zaufałeś właśnie PawAway.com, zainwestowałeś w ten serwis i uznałeś, że to marka, którą możesz wiarygodnie polecać innym opiekunom psów?
Krzysztof Ibisz: Po pierwsze ludzie. Zosię i Andrzeja bardzo lubię i szanuję, widzę też jak traktują zwierzęta. Kiedy usłyszałem, jak oni o tym myślą, wiedziałem, że jesteśmy po tej samej stronie, że to nie jest pomysł na biznes, tylko rozwiązanie problemu, który sami mamy. Po drugie standard. Wyznaję japońską zasadę kaizen: jeżeli już coś robię, to najlepiej, jak potrafię, i zawsze można poprawić choćby ułamek procenta. W PawAway to widzę: weryfikacja opiekunów, ubezpieczenie każdej opieki, całodobowe wsparcie, stały kontakt z petsitterem w aplikacji. To nie jest przysługa, tylko konkretna, poukładana usługa.

